Gdańskie manewry z odporności demokratycznej to zwyczajowa rutyna środowiska władzy. Sztuka nowoczesnej manipulacji, zarządzana przez uczestniczkę wielogwiadkowych ulicznych wywrzasków, dziś kumpelkę demokracji władzy...
Wrześniowe Dni Demokracji w Gdańsku to od 10 lat okazja, by umacniać nową ideologię demokracji, popularyzować nowy sposób myślenia o społeczeństwie, rodzinie i historii. Aby poznać jaka szczytna idea przyświeca tym wydarzeniom, wystarczy sięgnąć do poprzednich edycji tego „elitarnego” święta. Pełno w nim wystąpień otwartego lub podstępnego potępiania prawicy, dezawuowania jej przez tzw. autorytety.
W dużych miastach z zapałem „umacnia się” demokrację pomijając fakt, że jej fundamentem jest pluralizm polityczny polegający na rywalizowaniu wielu legalnych partii, różnorodnych programowo. I nie jest to już niespodzianka - nęka się myślących inaczej, legalną opozycję i jej wyborców, stygmatyzuje, albo obraża tak jak miało to miejsce przy wyborach prezydenckich. Marzy się nawet o „przepędzeniu” konserwatystów z miast. Nie jest to oczywiście możliwe, bo choć cisi jest ich coraz więcej - i gęgają coraz głośniej. Tym bardziej sieć aktywistów „umacniających społeczeństwo obywatelskie” (którzy dzięki temu mają dobrą pracę) nie ustaje w wysiłkach, by poszerzać zasięgi swojego działania i zjednywać zwolenników. 10 wrześniowa jubileuszowa edycja Gdańskich Dni Demokracji z pewnością ich nie zawiodła.
W Instytucie Kultury Miejskiej toczyły się otwarte rozmowy we własnym gronie, m.in. o więziach społecznych, walce z dezinformacją, tak jak to rozumieli, organizatorzy, tworzący zgrany zespół ludzi od lat promujących nowe idee porządków miejskich. Po prostu sami swoi, z hasłem „demokracja to my”. Wstęp był otwarty mogli się więc zdarzyć też goście radykalnie niepożądani, ofiary „porwanych” w dużej mierze przez nową falę więzi społecznych.
Monika Chabior - zastępca prezydenta Gdańska ds. rozwoju społecznego i równego traktowania zaprezentowała się po kumpelsku z uśmiechem niczym nie przypominając wcześniejszej wiecowej, wielogwiazdkowej aktywistki, co oczywiście mogło zmylić audytorium na sali, którą zapełniała młodzież młodsza słuchająca uważnie jej wywodów. Wyjaśniła młodzieży, że (o ile dobrze zrozumiałam, bez nagrywania) że demokracja jest o władzy (lub o władzę) i powinna być odporna na obce szczepy.
Co to jest odporna demokracja? Zaintrygował temat panelu prowadzonego przez Annę Strzałkowską, wykładowcę z UG, pod tytułem „Jak budować odporność demokracji przez więzi społeczne i przeciwdziałanie radykalizacji?” Zgrabnie i chytrze tłumaczyła młodzieży, co na myśli mieli goście panelu w liczbie czworga, na temat wspólnotowości. Pytanie co niszczy wspólnotę zadało ćwieka wszystkim uczestnikom, ale paneliści dali radę.
Wspólnotę niszczy ogólnie rzecz biorąc, ich zdaniem, zwracanie uwagi na różnice. Pani Łoboda przedstawiona między innymi jako aktywistka, dała pomysł, aby w życiu nie zwracać uwagi na różnice np. kobiety versus mężczyźni, lub Polacy – emigranci. U panelistów pojawiły się głosy uzupełniające, wspierające mówczynię, o zagrożenia w Gdańsku dyskryminacją, polaryzacją, uprzedzeniami i groźbą radykalizmu. Groźne też według dyskutantów mogą być bliżej nieokreślone zachowania nienormatywne w społeczności obywatelskiej, a radykalizm może się przejawiać już w sformułowaniach „jestem Polakiem”, bo przecież jesteś też ojcem czy synem.
Z wyraźnym przesłaniem przeciw kościołowi wystąpiła Marta Abramowicz przedstawiona między innymi jako badaczka społeczna, działaczka na rzecz praw człowieka, autorka dwóch pozycji książkowych. Zgrabnie zareklamowała, jako przykład dla Polski, swoje dzieło „Irlandia wstaje z kolan”, przywołując los dziewczynki dzięki której możliwe było odejście od katolickiego modelu państwa w ciągu jednego pokolenia. Ignorując całkowicie fakt, że mogła urazić czyjeś uczucia religijne, pozostając w przeświadczeniu, że wszyscy słuchacze myślą na jej sposób.
Podprogowy przekaz panelu był jasny, w czytelny sposób zawłaszczający demokratyczną przestrzeń dla idei własnych, własnych więc słusznych.
Podczas panelu konkretna definicja jak budować odporność demokratyczną nie wybrzmiała, ale wiadomo (za AI) jakimi metodami należy walczyć z wrogiem, rozpoczynając od jego wykrycia. Polecane jest odstraszanie, przeciwdziałanie i szybkie podnoszenie się po atakach wymierzonych w cel, którym może być raz zdobyta władza. Odstraszanie to z pewnością przypinanie łatki konserwatystom, jako ludzi brzydkich, źle wykształconych, a nawet gorzej urodzonych, pchających się niesłusznie do władzy i elit niczym Wokulski w „Lalce”. Lepiej więc się z nimi nie identyfikować.
Tak „przyjemnie” przebiegały manewry z odporności demokratycznej mieszkańców.
Uderzyło złowieszcze słowo radykalizm, do którego nikt na sali nie chciał się przyznać. Pyszni i wyluzowani organizatorzy, pewni swego, dali sygnał, że radykalizm to „nie my”, to „oni”.
Choć podejmowana tematyka godna jest rozprawy starożytnych filozofów, to w praktykach miejskich chciałoby się nie być wrogiem i dobrze czuć w swoim mieście. Bez obaw myśleć i mówić co się czuje i w co się wierzy, nawet jeśli są to poglądy wprost przeciwne. I nie dać się manipulacji!
Joanna Formela
- 15/09/2026 15:41 - Akapit wydawcy: Prawo tyranii Tuska z niemieckim pogłosem?
- 01/09/2026 06:44 - Akapit wydawcy: Niemcy, dlaczego tak mordowaliście na Pomorzu?
- 28/08/2026 19:05 - Ideały Sierpnia. O co naprawdę walczyli strajkujący w 1980 roku?
- 26/08/2026 06:43 - Dyktatura smart city - nowe (nie)równości
- 17/08/2026 14:31 - Latarką w półmrok: "Wy, Tusk, to macie szczerość na twarzy zdradzoną"











