Bramkarz Lechii. Od A-klasy do Ekstraklasy. Współtwórca historii klubu. Mateusz Bąk dzisiaj odszedł do sektora niebo. W tym roku skończył 43 lata. Miał wspaniałą żonę, którą kochał bezgranicznie. Postanowił nas wszystkich opuścić.Â
MATI dlaczego?
W profesjonalnym futbolu przywiązanie do klubowych barw coraz częściej mierzy się długością kontraktu. Trzy lata oznaczają wierność. Pięć lat — status legendy. Uroczyste zdjęcie z herbem, kilka zdań przygotowanych przez dział komunikacji i obowiązkowe zapewnienie, że od dzieciństwa marzyło się właśnie o tym miejscu.
Mateusz Bąk nie musiał opowiadać, czym jest przywiązanie do klubu.
On pokazał to, przechodząc z Lechią Gdańsk od A-klasy do Ekstraklasy.
Nie w dokumencie przygotowanym po latach. Nie w jubileuszowym albumie, w którym każda historia jest czystsza, niż była w rzeczywistości. Naprawdę. Od niewielkich pomorskich boisk, na których piłkę wyciągało się z pokrzyw, aż po najwyższy poziom rozgrywkowy w kraju.
W poniedziałek Lechia poinformowała, że Mateusz Bąk nie żyje. Miał zaledwie 43 lata.
Odszedł człowiek, którego historia przypomina, że legenda klubu nie zawsze musi zdobywać mistrzostwa, występować w reprezentacji i wyjeżdżać za miliony euro. Czasami wystarczy być wtedy, kiedy nie ma jeszcze niczego. A później zostać tak długo, aż pojawi się wszystko.

Bramkarz drużyny, która musiała narodzić się ponownie
W 2001 roku Lechia nie była klubem z wielkim stadionem, ekstraklasowym budżetem i piłkarzami przylatującymi do Gdańska z różnych stron Europy.
Była nazwą, tradycją i grupą ludzi próbujących poskładać ją od początku.
Po latach organizacyjnych zawirowań odbudowę rozpoczęto od A-klasy. Szóstego poziomu rozgrywkowego. Miejsca tak odległego od wielkiego futbolu, że Ekstraklasa mogła wydawać się nie celem, lecz opowieścią science fiction.
Mateusz Bąk miał wtedy 18 lat.
Mógł potraktować Lechię jak przystanek. Mógł uznać, że wychowanek aspirujący do poważnej kariery powinien szukać klubu położonego wyżej w ligowej hierarchii. Nie zrobił tego. Stanął w bramce zespołu zaczynającego od zera.
Pierwszy mecz w odbudowanej Lechii rozegrał 12 sierpnia 2001 roku przeciwko Błękitnym Sobowidz w wojewódzkim Pucharze Polski. Gdańszczanie wygrali 11:0.
Później rozpoczęła się podróż, której dziś nie dałoby się wiarygodnie wymyślić nawet w trybie kariery gry komputerowej.
A-klasa. Liga okręgowa. IV liga. III liga. II liga. Ekstraklasa.
Zmieniały się rozgrywki, trenerzy, rywale, stadiony i koledzy z drużyny. Jedno nazwisko pozostawało w protokole.
Bąk.
Jako jedyny zawodnik przeszedł z Lechią całą siedmioletnią drogę od A-klasy do najwyższej ligi. To zdanie pojawia się teraz we wszystkich wspomnieniach. Jest prawdziwe, efektowne i łatwe do zapisania.
Znacznie trudniej zrozumieć, co naprawdę oznacza.
To setki treningów bez pewności, że projekt kiedykolwiek dotrze na szczyt. Wyjazdy na boiska, których nikt nie pokazywał w telewizji. Mecze bez kamer, fleszy i premii przypominających dzisiejsze kontrakty. Kolejne lata życia oddawane klubowi, który dopiero próbował odzyskać swoje miejsce na piłkarskiej mapie.
Bąk nie przyszedł do gotowej Lechii.
Pomagał ją zbudować.
Pięć awansów bez drogi na skróty
Współczesny futbol uwielbia projekty. Najlepiej takie, które mają prezentację, inwestora i trzyletni plan podboju ligi.
Lechia z początku XXI wieku nie miała windy. Musiała wchodzić po schodach.
W sezonie 2001/02 wygrała A-klasę. Rok później ligę okręgową. Następnie IV i III ligę. Po trzech sezonach na zapleczu Ekstraklasy, w 2008 roku wreszcie wróciła do elity.
Pięć awansów.
Bąk nie był człowiekiem zabranym na ostatni etap podróży, gdy można było już poczuć zapach Ekstraklasy. Wsiadł do tego pociągu na stacji początkowej, kiedy nie było wiadomo, czy tory w ogóle prowadzą we właściwym kierunku.
Sam później nie budował wokół siebie pomnika. Mówił, że oprócz pracy i determinacji miał również szczęście. Podkreślał, że w drużynie znajdowali się bardziej utalentowani zawodnicy.
Być może właśnie dlatego kibice tak mocno go cenili.
W futbolu pełnym ludzi przedstawiających się jako zwycięzcy Bąk nie musiał nikogo przekonywać do swojej wielkości. Wystarczała chronologia.
Gdy Lechia grała w A-klasie — Bąk tam był.
Gdy awansowała szczebel po szczeblu — Bąk tam był.
Gdy wreszcie wróciła do Ekstraklasy — nadal tam był.
Najcenniejszy czysty zapis w klubowej historii
Bramkarzy zwykle rozlicza się z czystych kont. W przypadku Mateusza Bąka najważniejszy był jednak inny rodzaj zapisu.
Ciągłość.
W historii odbudowy Lechii to on łączył dwa zupełnie odmienne światy. Pamiętał mecze na szóstym poziomie i wystąpił później w Ekstraklasie. Widział klub bez wielkich pieniędzy, zanim zobaczył go na jednym z najnowocześniejszych stadionów w Polsce. Poznał Lechię ubogą, ambitną, rosnącą, bogatszą, chaotyczną i próbującą dogonić krajową czołówkę.
Był świadkiem całej przemiany. Jeszcze ważniejsze, że sam stanowił jej część.
Jego kariera nie była przy tym lukrowaną historią pozbawioną trudnych momentów. Po awansie do Ekstraklasy stracił miejsce w składzie.
Wyjechał do portugalskiego Marítimo, później grał w Wiśle Płock, Podbeskidziu Bielsko-Biała oraz bułgarskim Etyrze.
Mógł już do Gdańska nie wracać. Mógł uznać, że jedna historia została zakończona, a futbol nie rozdaje sentymentalnych powrotów.
Wrócił w 2013 roku.
I nie wrócił wyłącznie po to, aby odebrać pamiątkową koszulkę, pomachać trybunom i spokojnie doczekać zakończenia kariery. W dwóch kolejnych sezonach rozegrał dla Lechii 48 spotkań w Ekstraklasie. Bywał kapitanem. Pomagał drużynie zajmować czwarte i piąte miejsce w lidze.
Znów musiał wywalczyć sobie pozycję.
To ważne, bo najłatwiej zamknąć jego życiorys w jednym zdaniu o drodze od A-klasy do Ekstraklasy. Tymczasem Bąk nie był wyłącznie pamiątką po romantycznych czasach odbudowy. Po powrocie udowodnił, że nadal potrafi bronić na najwyższym poziomie.
Łącznie wystąpił w 245 oficjalnych meczach Lechii. Zdobył nawet jedną bramkę — z rzutu karnego, jeszcze w A-klasie. Po zakończeniu kariery pozostał przy klubie i szkolił młodych bramkarzy w akademii.
W 2020 roku kibice wybrali go najlepszym golkiperem w 75-letniej historii Lechii.
Nie dlatego, że miał najbardziej efektowne interwencje na YouTubie. Nie dlatego, że zdobył najwięcej trofeów.
Wybrali go, ponieważ w pewnym momencie przestał być wyłącznie bramkarzem Lechii.
Stał się fragmentem jej tożsamości.

Klub to nie budynki, kontrakty i tabele
Wielkie kluby lubią mówić, że są czymś więcej niż klubami. Zwykle robią to przy okazji sprzedaży nowej koszulki za kilkaset złotych.
Prawdziwe znaczenie tych słów poznaje się jednak w najtrudniejszych momentach.
Klub nie jest stadionem, bo stadion można zmienić. Nie jest właścicielem, ponieważ właściciel może odejść. Nie jest trenerem, dyrektorem ani nawet drużyną, bo każda z tych osób wcześniej czy później zostanie zastąpiona.
Klub jest pamięcią.
Ludźmi, którzy potrafią opowiedzieć, jak wyglądał, zanim pojawili się obecni bohaterowie. Zawodnikami spinającymi różne epoki.
Nazwiskami wywołującymi natychmiastowe skojarzenie z jednym miejscem, jednym herbem i jednym zestawem barw.
Mateusz Bąk był właśnie takim człowiekiem.
Kiedy Lechia spadła z Ekstraklasy w 2023 roku i pojawił się lęk o jej przyszłość, przypomniał, że wielkie kluby potrafią podnosić się po upadkach. Trudno było znaleźć w Gdańsku kogoś bardziej uprawnionego do wypowiedzenia takich słów.
On wiedział, jak wygląda podnoszenie klubu z dna.
Nie znał go z książek. Stał wtedy w jego bramce.
Odszedł zdecydowanie za wcześnie
Śmierć 43-letniego człowieka zawsze pozostawia poczucie brutalnie przerwanej opowieści. W tym wieku były zawodnik dopiero zaczyna oswajać życie po futbolu. Może szkolić następców, patrzeć z trybun na klub, któremu oddał najlepsze lata, i z bezpiecznej odległości obserwować kolejne kryzysy, transfery oraz awanse.
Mateusz Bąk powinien jeszcze przez długie lata opowiadać młodym bramkarzom, że pierwszy mecz odrodzonej Lechii rozegrał w Sobowidzu, a siedem lat później zameldował się z nią w Ekstraklasie.
Powinien pojawiać się na jubileuszach.
Powinien odbierać kolejne owacje.
Powinien przypominać zawodnikom przychodzącym do Gdańska, że zakładają koszulkę klubu, który nie zawsze miał wielki stadion i wygodne warunki, ale miał ludzi gotowych zaczynać z nim od samego dołu.
Została historia.
Historia chłopaka, który stanął w bramce Lechii, gdy na szóstym poziomie rozgrywkowym rozpoczynała wszystko od nowa. Później awansował z nią pięć razy, dotarł do Ekstraklasy, odszedł, wrócił i ponownie został jej kapitanem.
W 2022 roku, żegnając się z pracą w klubowej akademii, napisał do Lechii: „Do zobaczenia”.
Dzisiaj te dwa słowa brzmią zupełnie inaczej.
- 08/07/2026 19:31 - Terminarz Betclic I ligi 2026/2027
- 05/07/2026 12:10 - Pieczonka (SKT) odpadł w Wimbledonie, ale...
- 23/06/2026 08:50 - F. Pieczonka (SKT) zagra w Wimbledonie
- 03/06/2026 14:04 - Krajobraz po bitwie... Co w Lechii...
- 29/05/2026 07:06 - SKT na Roland Garros - F. Pieczonka odpadł, bo sędzia ukradł...











