Kacper Płażyński podziękował wyborcom » W wyborach do Sejmu Kacper Płażyński uzyskał najlepszy wynik w okręgu nr 25 - 89 384 głosy. We wtore... Znamy posłów z Gdańska i Gdyni oraz senatorów z Pomorza » Koalicja Obywatelska w Gdańsku zdobyła sześć miejsc w Sejmie, Prawo i Sprawiedliwość 4, a po jednym ... Wybory 2019: PiS kontynuacja. Polacy zdecydowali » Przy wysokiej frekwencji PiS utrzymuje stan posiadania. Do Sejmu wraca lewica. Senat może okazać się... Wybory 2019: Gdyńska Lewica liczy na dwa mandaty » Z pierwszych informacji po zamknięciu lokali wyborczych wynika, że wybory parlamentarne 2019 wygrało... Dulkiewicz w Lipsku za... żelazna kurtyną » Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska, udała się do Lipska, którego władze zgrabnie i za niewygór... Wicemarszałek na skraju ciszy wyborczej - tylko kajaki czy... ? » Podczas sobotniej ciszy wyborczej Ryszard Świlski, kandydat Koalicji Obywatelskiej na senatora w okr... 50 000 tysięcy drzew dla Nadleśnictwa Lipusz » 19 i 26 października nastąpi wielki finał akcji „Do nasadzenia”, której inicjatorem jest firma Torus... Horała: Popularność Lewicy to nieudolność kampanii PO » Kilkanaście godzin przed ciszą wyborczą z mediami spotkał się lider słupsko-gdyńskiej list PiS do Se... Lewica spakowała walizki i wraca do Sejmu » W Gdyni dzień przed ciszą wyborczą odbył się happening miejscowej Lewicy. Kandydaci na posłów mówili... Co ukrywa senator Kleina? 4,5 mln zł korekty i rozliczenia z Łebą » Kandydat PO do senatu, b. burmistrz Łeby, senator Kazimierz Kleina, do dziś nie odpowiedział na pyta...
Reklama
czwartek, 10 października 2019 17:33
Odnalazł się zlikwidowany w kwietniu 2005 roku znany gdański dzienn ...
Lotos PKH nie przerwał serii porażek
wtorek, 15 października 2019 19:14
Lotos PKH nie przerwał serii porażek
Czwarty mecz z rzędu przegrali hokeiści Lotos PKH. Gdańszczanie prz ...
Lechia zasiadła na fotelu lidera
sobota, 28 września 2019 20:14
Lechia zasiadła na fotelu lidera
Czwarte z rzędu zwycięstwo w PKO Ekstraklasie odniosła Lechia. Bia ...

Galeria Sztuki Gdańskiej

Boguchwała Bramińska – ostatnia gdyńska kolorystka
wtorek, 08 października 2019 20:34
Boguchwała Bramińska – ostatnia gdyńska kolorystka
W ubiegłym tygodniu w wieku 97 lat zmarła Boguchwała Bramińska ost ...

W obiektywie Macieja Kostuna

Odkrywanie tajemnic spod ogona
środa, 26 lipca 2017 18:30
Odkrywanie tajemnic spod ogona
Solidarność męska powinna mnie powstrzymać od plotek na tematy int ...

Sport w szkole

Finały zawodów lekkoatletycznych
poniedziałek, 30 kwietnia 2018 17:19
Finały zawodów lekkoatletycznych
Gdański Zespół Schronisk i Sportu Szkolnego zaprasza do udziału w ...
Scena Letnia zaprasza na orłowską plażę
niedziela, 28 lipca 2019 16:38
Scena Letnia zaprasza na orłowską plażę
Aktorzy Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza w Gdyni na lato prze ...
Odnowiony Stadion Miejski w Rumi oficjalnie otwarty
sobota, 14 września 2019 17:56
Odnowiony Stadion Miejski w Rumi oficjalnie otwarty
W piątek 13 września br. władze samorządowe Rumi i działacze spor ...
Spotkali się, by oszacować możliwości założenia muzeum
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 18:04
Spotkali się, by oszacować możliwości założenia muzeum
Fundacja „Mater Dei”, ta sama dzięki której w dużej mierze powr ...

Big&Beat i Rock&Roll

Ocena użytkowników: / 6
SłabyŚwietny 
wtorek, 28 maja 2019 12:17

altTrwający właśnie jubileusz 60-lecia narodzin polskiego rocka to doskonała okazja nie tylko do świętowania, ale i przypomnienia nieco zapomnianych kart historii tego gatunku, który zawojował serca kilku pokoleń na całym świecie.


Nazwę rock and roll jako odrębnego gatunku wymyślił i użył jej jako pierwszy na antenie lokalnego radia w Cleveland amerykański niezwykle żywiołowy prezenter Alan Freed, znany również jako Moondog. Tak określił on taneczną muzykę, którą puszczał z płyt w swoich programach. I to dzięki niemu doszło też do historycznego wydarzenia w największej hali w mieście – Cleveland Arena. 21 marca 1952 roku odbył się tam pierwszy na świecie koncert rock and rollowy – nazwany od pseudonimu Freeda „Moondog Coronation Ball”. Na hali, przewidzianej na ok. 10 tysięcy widzów, znalazło się jednak dwa razy więcej młodych ludzi, co spowodowało szybką interwencję straży pożarnej. Koncert przerwano, co oczywiście popularności rock and rolla i jego radiowego ojca zupełnie nie przeszkodziło. Wydarzenia w Cleveland uznano za przełom w historii światowego rocka, więc nic dziwnego, że zlokalizowano tam nietypowe muzeum - Rock and Roll Hall of Fame, honorujące artystów rockowych i inne osoby, które wniosły zasadniczy wkład w rozwój tego gatunku muzyki. Kiedy zwiedzałem jakiś czas temu ten monumentalny pomnik, zbudowany tuż nad brzegiem Jeziora Erie rockowej muzyce i jej największym twórcom, kiedy spacerowałem po centrum Cleveland, gdzie niemal na  każdym skwerze i ulicy można było napotkać gigantyczne rzeźby (każda inna), przedstawiające elektryczne gitary, stanowiące przecież kolejny symbol rocka, sam poczułem się niemal jak muzealny eksponat. Ja – wykołysany na melodyjnej muzyce The Beatles, buntujący się po raz pierwszy z zespołem The Rolling Stones i wpatrzony w ich charyzmatycznego lidera, dorastający i zapuszczający coraz dłuższe włosy wraz z Led Zeppelin i Pink Floyd... Czyżby już rzeczywiście przyszła pora na zakurzoną muzealną gablotę dla moich ukochanych utworów oraz wykonawców i ich – bulwersujące niegdyś, a dziś zupełnie niewinne – wizerunki?


To właśnie w Cleveland odnalazłem skromną informację, że legendarny Alan Freed właśnie dokładnie wtedy, kiedy zdecydowałem się przyjść na świat - latem 1957 roku - rozpoczął kolejną swoją prezenterską przygodę z rock and rollem, tym razem telewizyjną. Na antenie amerykańskiej stacji ABC pojawił się jego autorski, cotygodniowy program o tytule „The Big Beat”, przerwany po kilku edycjach z powodu incydentu, uznanego wtedy za skandal obyczajowy, bowiem pokazano w nim taniec popularnego czarnoskórego piosenkarza Frankie Lymona z białą dziewczyną. Jakbyśmy daleko nie byli od tamtych wydarzeń, warto jednak zwrócić uwagę na sam tytuł.


Na polski grunt z ogromnym sukcesem przeszczepił to określenie Franciszek Walicki i stało się ono nie tylko synonimem polskiego rocka, ale i rozpoznawalnym hasłem całego pokolenia młodych ludzi, dorastających w PRL-owskiej rzeczywistości lat 60. Czy to ta właśnie muzyka miała jednak pośredni, a może nawet bezpośredni wpływ na powolną destrukcję socjalistycznego ustroju, zadekretowanego jako jedynie słuszny na ziemskim globie system powszechnego dobrobytu i szczęścia, ale dostępny tylko postępowej części ludzkości? Walicki taką tezę postawił kiedyś na sympozjum „Rock i polityka”, które odbywało się – nieprzypadkowo przecież - w Gdańsku. „To nie papież-Polak, nie Solidarność, nie zburzenie muru berlińskiego zapoczątkowały rewolucje w naszej części Europy. Zrobił to lekceważony przez wielu i potępiany przez innych rock and roll. On pierwszy przełamał żelazną kurtynę, dotarł do serc i umysłów ludzi na wschód od Łaby i przygotował pole bitwy, na którym 20 lat później rozegrały się historyczne wydarzenia” – przekonywał wtedy uczestników konferencji Walicki w swoim wystąpieniu, które zatytułował „Pod murami Jerycha”.


Jedno jest pewne: druga połowa XX wieku należała bezsprzecznie właśnie do rocka – w różnych jego przejawach – i to on stał się muzyką kilku pokoleń także i polskiej młodzieży. Rock – z założenia przecież buntowniczy i prowokujący stanowi bowiem pokoleniowy zapis nastrojów, ideałów, oczekiwań, doświadczeń, emocji i wyznań. Starsze pokolenia, przyjmując tę muzykę nieufnie, a czasami wręcz wrogo, tylko potwierdzały w takich sytuacjach słuszność wyboru. Ale czy w wieku XXI rock wyczerpał już definitywnie wszystkie możliwości oddziaływania na młode pokolenie i czy spełnił swoją dziejową misję? W roku 1967, podczas pierwszego, dziś już obrosłego legendą pobytu grupy The Rolling Stones w Polsce, to właśnie nie kto inny, jak redaktor Franciszek Walicki, przeprowadzał wywiad z Mickiem Jaggerem. Na pytanie: „Wasza agresywna muzyka i piosenki nie podobają się starszemu pokoleniu. Czy potrafi was ono zrozumieć?” – wykonawca pokoleniowego hymnu „I can’t get no satisfaction” odpowiedział buńczucznie i prowokacyjnie: „Ono nie musi nas rozumieć. Ono ma się nas bać!”. Prawdopodobnie właśnie dlatego wywiad ten nie miał nigdy szans ukazać się socjalistycznym PRL-u, gdzie muzyka miała być przede wszystkim „lekka, łatwa i przyjemna” oraz służyć „szerokim masom pracującym miast i wsi”.
Od zawsze byłem przekonany, iż rock i polityka są nierozerwalnie ze sobą związane i to uczuciem tak samo gwałtownym, jak miłość czy nienawiść.  Zwłaszcza w krajach tzw. demokracji ludowej, w których panowała swoiście pojmowana socjalistyczna równość, polegająca głównie na tym, iż społeczeństwo jadło kawior i piło szampana ustami swoich światłych partyjnych przedstawicieli. W końcu to nie kto inny, jak późniejszy I Sekretarz KC PZPR, Edward Gierek wmieszał się już na samym początku w historię polskiego big-beatu, a Władysław Gomułka łaskawie zgodził się na zaistnienie polskiej odmiany rock and rolla w życiu publicznym, chociaż oczywiście tylko do pewnych granic reglamentowanej (jak niemal wszystko w tym ustroju) wolności muzycznej. Kiedy np. na początku swojej kariery „Niebiesko-Czarni”, w roku 1962, trafili do programu ekrany raczkującej telewizji (co ciekawe, w wyniku rekomendacji Związku Młodzieży Socjalistycznej, natychmiast spotkało się to z ostrym protestem partyjnych decydentów od kultury, a jeden z nich, towarzysz Wincenty Kraśko tak oto uzasadniał swój „donos” do KC:
„W związku z rocznicą Rewolucji Październikowej kluby studenckie organizują imprezy jak Dni Muzyki Rosyjskiej i Radzieckiej, konkurs na najlepsza interpretację poezji, pieśni i muzyki radzieckiej, cykl koncertów – montaży pt. „Życiorys”, poświęcony 50-tej rocznicy pobytu Lenina w Polsce, dyskusja o młodej twórczości kompozytorskiej i poetyckiej w ZSRR i szereg innych interesujących imprez. Pokazywanie którejś z nich przez telewizję młodym telewidzom w kraju przyniosłoby większy pożytek aniżeli cykliczne propagowanie twistowo- jazzowej snobistycznej miernoty, firmowanej przez KC ZMS”. Jak widać, nazwa rock and roll ciągle była jednak wtedy na cenzurowanym towarzyszom, którzy skutecznie dbali o właściwe „kształtowanie gustów i postawy ideowej młodzieży”.


Napięte relacje muzyka-polityka były bowiem w tym systemie nieuniknione i z góry skazane na ciągły konflikt, również dlatego, że muzyka młodzieżowa z ruchu kulturalnego o raczej marginalnym początkowo znaczeniu przekształciła się w którymś momencie w masowy ruch kontestatorski o wyraźnym zabarwieniu politycznym.


W końcu historia czechosłowackiej opozycji i ruchu „Karta 77” rozpoczęła się właśnie od muzyki, kiedy aresztowano członków undergroundowej grupy rockowej „Plastic People of The Universe”. To oni właśnie stali się obiektem medialnej nagonki, ale również – dzięki temu – rockowymi bardami czeskiej opozycji politycznej z Vaclavem Havlem na czele. Do dziś pozostaje dla mnie zagadką, dlaczego rock – buntowniczy przecież ze swojej natury – nie stał się  w swoim czasie sprzymierzeńcem KOR-u czy rodzącego się ruchu „Solidarności”, dlaczego nie trafił na opozycyjne barykady, gdzie czekało na niego zarezerwowane miejsce. Nawet stan wojenny nie przyniósł tu zasadniczej zmiany przypisanych wcześnie ról: w głowach i sercach młodych ludzi, interesujących się polityką, główne miejsce zajmowali wtedy ich rówieśnicy z akustycznymi gitarami: Jacek Kaczmarski i Przemysława Gintrowski, a do rangi pokoleniowego hymnu urosły „Mury” katalońskiego barda Lluisa Llacha z polskim tekstem Kaczmarskiego. Tymczasem tysiące młodych ludzi kontestowało system na kolejnych rockowych spędach festiwalowych w Jarocinie, a później – na licznych koncertach podczas największego polskiego boomu rockowego lat 80. I to zupełnie nie zwracając uwagi na to, iż – jak chcą niektórzy – rock stanowił swoisty wentyl bezpieczeństwa dla socjalistycznej władzy. Tłumy młodych ludzi śpiewały na koncertach „Perfectu” do zdarcia gardeł, przekrzykując Grzegorza Markowskiego „Chcemy bić ZOMO” czy też „Nie bój się tego – Jaruzelskiego”, przyjmując jako pokoleniowe przesłanie tytuł piosenki zespołu „Lombard”: „Przeżyj to sam”. Ponieważ muzyka młodzieżowa już w latach 60-tych wymknęła się spod partyjnej kontroli, a w kolejnej dekadzie nie udało się skupić młodego pokolenia pod „czerwonym sztandarem nad dyskoteką”, to lata 80. przyniosły nowy pomysł: boom rockowy w miejsce prawdziwej wolności, wielotysięcznie koncerty zamiast demokracji i jazgot elektrycznych gitar zamiast dialogu. To znów oczywiście pewne uproszczenie, bo jeden z nielicznych polityków, interesujących się muzyką rockową, Jan Lityński trafnie zauważył, iż nie mógł to być już żaden wentyl bezpieczeństwa, tylko ... „pęknięta dętka. Powietrze musiało z niej uchodzić, bo dziura była już zbyt duża”.


W każdej z polskich dekad relacje muzyki rockowej i polityki miały nieco odmienne podłoże i układały się inaczej. Lata 60. - czas siermiężnego socjalizmu gomułkowskiego „z ludzką twarzą” (po okresie „błędów i wypaczeń”), to swoista, zupełnie niegroźna jeszcze „zabawa w ciuciubabkę”. Trudno bowiem z dzisiejszej perspektywy uznać teksty i wizerunek polskich zespołów big-beatowych tamtych lat za realne zagrożenie dla socjalistycznej władzy, ale – z drugiej strony – miała ona jednak ambicje wszechwładnego panowania nad wszystkim i ręcznego sterowania polityka kulturalną. Stąd przecież wzięła się słynna „zbrojna interwencja” Edwarda Gierka, która gwałtowanie zakończyła historię pionierskiej trójmiejskiej grupy „Rhythm nad Bluesa”.

Zaciekłymi wrogami muzyki rockowej w PZPR byli m.in. wspominany Wincenty Kraśko, Włodzimierz Kruczek czy z kręgów „najwyższego wtajemniczenia”, późniejszy premier Piotr Jaroszewicz. Włodzimierz Sokorski, za czasów Bieruta minister kultury i sztuki (skądinąd odpowiedzialny za wprowadzenie polskiej odmiany socrealizmu), a później wieloletni wszechwładny szef tzw. Radiokomitetu utrzymywał jednak, że Władysław Gomułka wolał posłuchać jego opinii i próśb swoich wnuczek, niż pójść na jawną konfrontację z młodym pokoleniem, które przyjęło rodzimy big-beat jako swoją muzykę. Zatem – mimo oporów i niezadowolenia w pewnych partyjnych kręgach, rock an roll trafił nie tylko na sceny festiwali w Opolu i Sopocie, ale nawet do kołobrzeskiego amfiteatru, gdzie do tej pory królowali dzielni szansoniści, poprzebierani w mundury Ludowego Wojska Polskiego. Trudno też sobie wyobrazić, aby polskie zespoły i wokaliści – począwszy od „Niebiesko-Czarnych”, którzy przecierali dla innych szlaki – wyjeżdżały wtedy zagranicę bez partyjnego błogosławieństwa. Ktoś przecież świadomie wyrażał zgodę na te wyjazdy i ktoś czerpał z nich profity, nie tylko finansowe, ale i polityczne. System był jeszcze na tyle sprawny i wszechwładny, że mógł zablokować praktycznie każdy niepożądany wyjazd, co mogło być dla muzyków dotkliwa karą. Warto też pamiętać, iż jakakolwiek niesubordynacja podczas zagranicznego pobytu i występów groziła wtedy nieodwołalnie wyjazdowym „szlabanem” i innymi konsekwencjami. Zatem, jeśli ktoś jednak na tych wyjazdach korzystał, to chyba właśnie ta wielogłowa socjalistyczna hybryda – system, który dyskontował kolejne wyjazdy – zarówno na Wschód, jak i do niedawna zakazany Zachód – młodzieżowych grup jako przejaw swojego liberalizmu i otwarcia na świat.


„Ciuciubabka” przybierała różne formy. Czasami np. postać nośnego (również politycznie) hasła: „polska młodzież śpiewa polskie piosenki”, kiedy już ataki na wynaturzoną, zachodnią modę były nie do zniesienia, kiedy indziej – kolorowej przebieranki w polskie stroje historyczne, jeszcze innym razem – odwoływania się w treściach do muzyki i sztuki ludowej. A jeśli już za trudno było coś młodzieży wyjaśnić, odwołując się wyłącznie do polskich realiów, zawsze pozostawał pod ręką wróg z sąsiedniego obozu. Dlatego nawet w rockowych tekstach ostrzegano że „te bomby lecą na nasz dom”, a w Berlinie Wschodnim organizowano cykliczne gigantyczne koncerty pod hasłem „Rock dla pokoju”. Należało bowiem przecież wyjaśnić zdezorientowanej i otumanionej zachodnią propagandą polskiej młodzieży, że „ niezwykłość muzyki rockowej spotkała się przed kilku laty ze szczególnie ostrym potępieniem przedstawicieli wysokich sfer bogatych, tradycyjnych społeczeństw, kiedy zrozumiano, że muzyka ta jak rewolucyjny sztandar staje się protestem młodzieży przeciwko cywilizacji zastanej, opartej na wyzysku, krzywdzie i wojnie”.
Po okresie zabawy w ciuciubabkę, przyszła dekada totalnej propagandy sukcesu, która również potrzebowała figowego listka dla przykrycia pewnych mankamentów własnej urody. Dość sztucznie na początku wykreowana „Muzyka Młodej Generacji” wymknęła się jednak szybko spod kontroli, przygotowując solidne podstawy do rockowego wybuchu lat 80. „Królowie życia” polskiego rocka z tamtego okresu potrafili się odnaleźć w gierkowskiej epoce małej stabilizacji i małego fiata, łapczywie korzystając z możliwości, jakie się przed nimi otworzyły. Polski rock lat 70., uzupełniony doświadczonymi już muzykami poprzedniej generacji (Czesław Niemen, Tadeusz Nalepa z grupą „Breakout” czy Józef Skrzek z SBB), na pewno również był poszukujący i twórczy, choć trudno byłoby go nazwać buntowniczym czy rewolucyjnym. Trudno też znaleźć jakiegokolwiek polskiego muzyka rockowego wśród sygnatariuszy listów i akcji protestacyjnych. Zabrakło też ich, czego do końca nie potrafię jednak logicznie dziś wytłumaczyć, podczas sierpniowego strajku latem 1980 roku w wybrzeżowych stoczniach. Czy naprawdę przez przypadek?


Przypisywanie partyjnemu molochowi jakieś przemyślanej, zaplanowanej w zaciszu gabinetów, strategii w odniesieniu do zjawiska muzyki rock’n’rollowej, big-beatowej, czy młodzieżowej, jest pewnym nadużyciem i założeniem, opartym na błędnym przesłankach. Owszem, rock był momentami niewygodny, a nawet niebezpieczny, jak mogło się wydawać niektórym partyjnym kacykom, ale nie tylko z powodu swojej buntowniczej natury. Wydaje się, że jego największą siłą, której nie można było przeciwstawić już przecież „nudnych akademii ku czci”, była autentyczność, dzięki której narodził się – dość jednolity, pomimo swoich różnorodnych form i odcieni  - pokoleniowy front sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości. A jako zjawisko masowe muzyka ta nie dała się już tak łatwo wymanewrować, ugłaskać, przekupić czy skanalizować w wąskie koryto rozrywki i pop-kultury. Stworzyła też – niejako przy okazji, a trochę przypadkiem – własny, niezależny (i to chyba najbardziej bolało politycznych sponsorów socjalistycznego modelu kultury, który miał przecież uchodzić z powodów ideowych za ten „jedynie słuszny”), półoficjalny, a czasami wręcz podziemny, drugoobiegowy rynek muzyczny. Stworzyła też zupełnie nową hierarchię muzycznych wartości i nowych idoli, niezależnych od festiwalowych konkursów i przeglądów. Ta niezależność na pewno nie mogła się podobać partyjnym decydentom, ale posądzanie ich o jakiś długofalowy plan byłoby nie tylko zbytnim uproszczeniem, ale nawet niezasłużonym komplementem.

Owszem, zdarzały się interwencje na najwyższym szczeblu, kiedy np. długie włosy i hippisowski wygląd zaczęły niektórym przeszkadzać nawet bardziej, niż charakter muzyki. Z perspektywy czasu wydaje się jednak, że nie ingerowano zbyt agresywnie w losy polskiego rocka z kilku podstawowych powodów. Po pierwsze, jego drogi praktycznie nigdy nie skrzyżowały się z ruchami opozycyjnymi, w których to wtedy upatrywano głównego, wręcz śmiertelnego wroga ustrojowego. Dlatego prawdopodobnie uważano – zwłaszcza na samym jego początku – rockowy boom lat 80. za zjawisko nieszkodliwe, stwarzające przy okazji polskiej młodzieży pewną namiastkę i iluzję wolności. Po drugie, system był już wówczas zdegenerowany i organizacyjnie na tyle bezwładny, że na pewno nie był już zdolny do tak wszechobecnej kontroli, jak w poprzednich dekadach. Po trzecie, rolę ochronną miał w tym przypadku odgrywać Główny Urząd Kontroli Publikacji i Widowisk. Czyli po prostu cenzor, z definicji odpowiedzialny za wychwytywanie i zapobieganie nieprawomyślnym sformułowaniom, tekstom i komentarzom, „godzącym w socjalistyczny ustrój i obowiązujące, przyjacielskie sojusze polityczno-militarne”. Po czwarte w końcu, uznano chyba, że będzie lepiej, aby znów „polska młodzież słuchała polskich piosenek”, bo na ich kształt – jak naiwnie jednak myślano – można było jeszcze jakoś wpłynąć. A na powszechnie już dostępne w tamtym czasie nowości zachodniego rocka wpływu nie było już przecież żadnego. A nie zawsze bywał on przecież apolityczny.


Tomek Lipiński, lider legendarnej grupy Brygada Kryzys oraz późniejszego „Tiltu”, autor i wykonawca piosenki „Nie wierzę politykom”, był obecny na wspomnianej gdańskiej konferencji „Rock i polityka”. Jego wystąpienie, jako przedstawiciela rockowej generacji lat 80-tych, miała długi, ale wyjaśniający niemal wszystko tytuł „Niewola, która dawała wolność – czyli za co powinniśmy być wdzięczni komunie”. Chciałbym przywołać na zakończenie jego słowa, które warto i dziś zadedykować politykom wszystkich opcji, bez względu na ich przynależność partyjną. Jako apel, aby nigdy więcej nie próbowali majstrować przy elektrycznych gitarach i jednocześnie częściowe wyjaśnienie, dlaczego polski rock nie znalazł się na strajkowych barykadach:
„Nie ufaliśmy ani jednej, ani drugiej stronie. Owszem, nienawidziliśmy komuny i chcieliśmy jej upadku. Popieraliśmy opozycję, ale nie na tyle, aby uznać jej cele za nasze. Jedni chcieli przejąć władzę, drudzy – ją utrzymać. Jedni chcieli udoskonalić system, drudzy go zmienić. A my chcieliśmy, aby w ogóle nie było żadnego systemu!”

Wojciech Fułek


Inne artykuły związane z:
Related news items:
Newer news items:
Older news items:
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież