Trzeci koncert z cyklu „Błogosławieni Kapłani polscy w Wolnym Mieście ... » 6 grudnia o godz. 17:00 w kościele pw. św. Jadwigi Śląskiej w Gdańsku, odbędzie się koncert zespołu ... Otwarcie wystawy plenerowej „The Airmen” » W niedzielę, 6 grudnia, na placu przed Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zaprezentowana zostanie n... Portfele gdańskich prezesów » Od 13 do 22 tysięcy złotych miesięcznie zarabiają prezesi gdańskich spółek komunalnych - najmniej w ... Hiszpanie potrafią w Gdańsku zarabiać na parkingach i dojeździe do nic... » Jak się w Gdańsku robi interesy z potentatem europejskim w dziedzinie parkingów? Przyjmuje się go d... „Zaciemnienie” zgłoszone przez PiS do prokuratury » Zawiadomienie do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku o możliwości popełnienia przestępstwa przez prezyde... Karol Rabenda: Samorządy terytorialne są częścią Rzeczpospolitej - nie... » Z Karolem Rabendą, wiceprezesem partii Porozumienie, radnym Gdańska (klub PiS) rozmawia Artur S. Gór... Zmiana trasy linii 210 bez konsultacji z mieszkańcami. Dulkiewicz milc... » 19 października ZTM Gdańsk skrócił trasę autobus linii 210 wycofując go z Traktu Św. Wojciecha/Oruni... Poseł Płażyński wspiera gdańszczanina w walce o odzyskanie mieszkania » Poseł Kacper Płażyński złożył skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich na działania Prezydent Miasta G... Program Domowej Opieki Medycznej » W związku z rosnąca liczbą zakażeń koronawirusem Ministerstwo Zdrowia uruchomiło program Domowej Opi... Andrzej Grubba patronem gdańskiego tramwaju » Andrzej Grubba został patronem jednego z jeżdżących po Gdańsku tramwajów. Uroczystość nadania imieni...
Reklama
Monika Chabior - gdański pedagog postępu?
czwartek, 19 listopada 2020 17:49
Monika Chabior - gdański pedagog postępu?
Aktywny udział w Strajku Kobiet przy akompaniamencie wulgarnych
Hokeistki Stoczniowca efektownie pokonały Unię
sobota, 05 grudnia 2020 21:03
Hokeistki Stoczniowca efektownie pokonały Unię
Ostatni w tym roku weekendowy dwumecz hokeistki Stoczniowca
Lechia ponownie bez bramki i punktu
sobota, 05 grudnia 2020 21:42
Lechia ponownie bez bramki i punktu
Trwa zła seria Lechii. Biało-zieloni w trzecim kolejnym meczu nie

Galeria Sztuki Gdańskiej

Bliscy Nieznajomi – Sopot 70.
sobota, 21 listopada 2020 14:56
Bliscy Nieznajomi – Sopot 70.
Na plakacie wystawy „Bliscy Nieznajomi – Sopot 70” wybrzeżowy

Foto "Kwiatki"

Foto
środa, 18 marca 2020 10:30
Foto
W marcu na chwilkę Pomorze odwiedziła

W obiektywie Macieja Kostuna

Odkrywanie tajemnic spod ogona
środa, 26 lipca 2017 18:30
Odkrywanie tajemnic spod ogona
Solidarność męska powinna mnie powstrzymać od plotek na tematy

Sport w szkole

Finały zawodów lekkoatletycznych
poniedziałek, 30 kwietnia 2018 17:19
Finały zawodów lekkoatletycznych
Gdański Zespół Schronisk i Sportu Szkolnego zaprasza do udziału w
Jeśli lubisz film „Buena Vista Social Club” nie możesz przegapić show na Ołowiance
sobota, 29 lutego 2020 12:50
Jeśli lubisz film „Buena Vista Social Club” nie możesz przegapić show na Ołowiance
Porywające kubańskie show zagości w niedzielę 1 marca br. w
Najlepsi rumscy sportowcy, trenerzy i sponsorzy sportu
poniedziałek, 17 lutego 2020 09:52
Najlepsi rumscy sportowcy, trenerzy i sponsorzy sportu
Za nami XI Rumska Gala Sportu i dwudziesty szósty konkurs „Na
Spotkali się, by oszacować możliwości założenia muzeum
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 18:04
Spotkali się, by oszacować możliwości założenia muzeum
Fundacja „Mater Dei”, ta sama dzięki której w dużej mierze

Baka: To jest moje miejsce na ziemi

Ocena użytkowników: / 8
SłabyŚwietny 
wtorek, 06 maja 2014 17:19

- Kiedyś może mniej człowiek był w stanie sobie wyobrazić jakieś przeplatanki Szekspira Molierem, dopisywanie tekstów czy skreślanie trzech czwartych zawartości dramatu. Była większa pokora wobec autora teatralnego - Mirosław Baka, w rozmowie z Patrykiem Gochniewskim, podsumowuje swoje ćwierć wieku na scenie.



- 25 lat na scenie. Minęło jak jeden dzień?
Mirosław Baka: Może jak dwa (śmiech). Nie mam takich starczych, smętnych podsumowań, że życie mi umknęło, minęło. To tak trochę jest, że perspektywa się zawęża im jest się starszym. I człowiek myśli kurczę, jeszcze nie tak dawno to, nie tak dawno tamto. Ale, z drugiej strony, naturalnym jest, że przy okazji jubileuszu ludzie robią podsumowania. Dlatego też ostatnio jest dużo o tym, co ja to w życiu zrobiłem. W związku z tym, kiedy zadaje mi pan to pytanie, mam świadomość ile było tych filmów, ile sztuk. Cóż, w jeden dzień by się tego nie zrobiło.


- O ulubione role czy te, których pan nie lubił nie zapytam, bo ciężko z tej liczby zapewne wybrać. Ale jakie są kryteria w dobieraniu ról? Przyjęcia lub odrzucenia.
Mirosław Baka: Jest cały spis tych kryteriów i trudno tak wybrać. Oczywiście, można się wymądrzać, że najważniejszym kryterium jest czy ja czuję, że ta rola coś mnie da, że ja mogę dać komuś coś tą rolą, że czegoś kogoś nauczę, że mnie to czegoś nauczy. Takie tam podręcznikowe definicje grania ról przez aktora. Ale często jest też tak, że takim kryterium głównym jest chęć pracy z danym reżyserem. U jednego reżysera zagrałbym taką rolę, u innego nie. Czy na przykład zagranie z jakimś partnerem, czy partnerką, które też jest w jakiś sposób wzbogacające, budujące, istotne dla człowieka. Dla rozwoju zawodowego, artystycznego. Zatem te kryteria tak różnie się mijają. Najprościej mówiąc, jak coś jest w moim odczuciu do kitu to tego nie wezmę (śmiech). Ale jak jest szansa, że będzie dobre, to biorę.


alt


- Jeśli mowa o reżyserach. Ma pan swojego ulubionego, z którym się najlepiej lub najciekawiej pracuje?
Mirosław Baka: Teraz jest Adam Nalepa, z którym zrobiłem „Czarownice z Salem”, jest też Wiśniewski, z którym przygotowywaliśmy się do „Kto się boi Virginii Woolf”. Kogo jeszcze mogę wymienić... Czy Jandę mogę wymienić jako osobę, z którą lubię pracować? (śmiech) Myślę, że tak. Pracowałem z nią raz, ale było wybornie. Ostatnio w moim teatralnym życiu nie było jakiegoś tłoku reżyserów. Z Wiśniewskim pracowałem wcześniej kilkakrotnie i te spotkania były udane. Jak zresztą niemal cała jego twórczość. Więc mogę powiedzieć, że takie dwa najgorętsze nazwiska teatralne w moim aktualnym życiu to Nalepa i Wiśniewski. Spotykamy się na chwilę przed sto piątym przedstawieniem „Seksu dla opornych” w Gdańsku, które z dużym powodzeniem jest grane tu, a drugie tyle spektakli w Warszawie. To bardzo udana współpraca. Zdaję sobie sprawę, że o ile Nalepa i Wiśniewski są w orbicie Wybrzeża, i będąc w tym zespole, mogę się z nimi częściej spotkać, o tyle z Krysią Jandą współpraca była raczej okazjonalna. Ale wierzę, że jeszcze się spotkamy.


- Odnośnie „Seksu dla opornych” - śmieje się pan wraz z Dorotą Kolak, że chyba będzie to grać do śmierci, bo jest go tak dużo.
Mirosław Baka: To wróżyła Janda, właściwie. Powiedziała, że do późnej starości będziemy to grać. Zdarza się nam ponarzekać, jeśli nam każą pod rząd grać – czy tu, czy w Polonii – więcej niż cztery spektakle dzień po dniu. Ludzie raczej nie zdają sobie sprawy jakie to jest wyczerpujące. Granie każdego spektaklu, jeśli się w to wkłada serce i duszę, takie jest. Zwłaszcza jeśli się nie schodzi ani razu ze sceny przez cały czas. Ale, broń Boże, nie narzekam, że ktoś mnie zmusza do grania. Ten spektakl to oprócz wysiłku także wielka frajda. Dla nas, a tym bardziej dla widzów. Tam jest i śmiech, i refleksja, i wzruszenie... To nie jest farsa, to mądra komedia. Jeszcze uszlachetniona wyśmienitą reżyserią przez Jandę do takiego poziomu, że nie ma się naprawdę czego wstydzić.


alt


- W zeszłym roku zrobił pan tylko jedną premierę w Wybrzeżu, „Czarownice z Salem”. Aż tak bardzo był zapracowany poza Gdańskiem?
Mirosław Baka: No tak. Dużo się działo. Bo obsługuję nie tylko ten teatr, ale jest też Polonia i Komedia w Warszawie, poza tym film i telewizja.  Ale to też jest tak, że ja swój czas w Wybrzeżu, kiedy przechodziłem z jednej sztuki do drugiej, mam już za sobą. Dopracowałem się chyba takiej pozycji w zespole Wybrzeża, że dyrekcja już tak mną nie szasta (śmiech). Jestem już na etapie, kiedy wolę mniej ale dobrze. Nikomu nie zarzucam, że jak gra dużo, gra źle. Owszem, są aktorzy, którzy grają sporo i świetnie. Ale ja czuję już potrzebę takiego komfortu zawodowego, żeby się raczej raz na jakiś czas przyłożyć do pracy nad jakąś rolą,  popracować nad nią dogłębnie, uczciwie, a potem dać widzom ode mnie odpocząć. Z tego wynika taka „słaba” statystyka, że jedna rola na sezon... Oczywiście, jeśli się zdarzą dwie to też dam radę. Pewnie niedługo zaczną się próby „Marii Stuart” u Nalepy i to już były by dwie wypracowane role w sezonie. Chociaż właściwie premiera Stuart będzie już chyba w następnym sezonie. Ale tak się złożyło, że „Kto się boi Virginii Woolf”nie zrobiliśmy i miałem „pusty przelot” w lutym. Tym bardziej, że Dorota Kolak poważnie zwichnęła nogę i nie mogliśmy grać. Tak właśnie spadły na mnie niezapowiedziane i niechciane lutowe wakacje.


- Z Dorotą Kolak teraz bierze pan tak trochę w klamrę te 25 lat. Bo to z nią przecież stawiał pierwsze kroki na Dużej Scenie Wybrzeża.
Mirosław Baka: No tak. To było tak, że pod rękę z Dorotą pierwsze kroki zrobiłem w '88 roku w „Stąd do Ameryki”. Później bardzo dużo graliśmy razem. Był taki moment, kiedy ja więcej grałem z Ewą Kasprzyk, Dorota zaś z Jackiem Mikołajczakiem. Potem Jacek i Ewa odeszli, a my zostaliśmy. Dużo tego było, prawda. Mieścimy się z Dorotą w granicach wiekowych tego samego pokolenia (śmiech). Graliśmy już śmiertelnych wrogów, przyjaciół, małżeństwa... Przepracowaliśmy już chyba wszystkie możliwe damsko-męskie konfiguracje na scenach Wybrzeża. No i mam nadzieję, że to nie koniec.


- Muszę zapytać dlaczego wybrał pan aktorstwo.
Mirosław Baka: Chyba z jakiejś wewnętrznej potrzeby. Dużo ludzi aspiruje do uprawiania tego zawodu. Na egzaminy do szkoły teatralnej przychodzą teraz jakieś ogromne ilości. Jak na casting do reklamy, setki ludzi. To nie jest tak, że jak się człowiek zdecyduje zdawać do szkoły teatralnej, to jest równoznaczne, że się zostanie aktorem. Wydaje mi się, że to nie człowiek wybiera, że będzie aktorem. A już na pewno nie wybiera, że będzie dobrym aktorem (śmiech). Myślę, że jest taka dziwna metafizyka, że to kamera i scena wybierają sobie człowieka, wsysają go i skazują na siebie na resztę życia.


alt



- Jak miłość.
Mirosław Baka: Mówi się, że kamera go kocha. Oczywiście, to musi być miłość wzajemna i wtedy jest spełniona. Bywa, że idzie się do szkoły teatralnej i człowiek ucząc się rzetelnie, starając się nie daje rady. Znam kolegów, którzy sklepy warzywne prowadzili później, bo nie powiodło im się w zawodzie. Owszem, można grać epizody, nie realizując się artystycznie, zawodowo. Wtedy jednak chyba lepiej zmienić wektor życiowy. Mnie się w zawodzie udało. Wybrałem aktorstwo, a ono wybrało mnie. Ale dlaczego zostałem aktorem? Widocznie była we mnie jakaś doza próżności o której się mówi. Człowiek, który nie ma w sobie próżności nie mógłby chyba być aktorem. Ja często też mówię, że jestem bardzo nieśmiały. Ludzie parskają śmiechem. Jak to, aktor nieśmiały?


- No bo ciężko w to uwierzyć.
Mirosław Baka: Wielokrotnie słyszałem z ust świetnych przedstawicieli tej „mało poważnej” profesji, że aktorstwo w pewnym sensie jest leczeniem jakiejś nieśmiałości, którą mamy w sobie. Aktorstwo jest też realizacją marzeń. A głównie tego odwiecznego marzenia człowieka, żeby być kimś innym niż się jest. Dlatego pewnie powstał teatr. Ludzie, którzy mówią, że przez całe życie nie mieli ani jednego momentu, kiedy chcieliby być kimś innym kłamią (śmiech). Nie wierzę. W każdym człowieku jest taka chęć. Być kimś innym. Chociaż przez chwilę. To nie znaczy, że mnie jest niewygodnie z moim własnym życiem, ale mówimy teraz o jakichś ideach, które przyświecają na początku tej drogi. Albo zjawiają się gdzieś po drodze; czasami, niespodziewanie – jak błysk flesza. Jest też taki moment, kiedy człowiek wychodzi na scenę i czuje tę cudowną energię, która przepływa między nim a widzem. Ona daje niesłychany power. I to jest uzależniające. Później rodzi się ponowna potrzeba odczuwania tego. I znów, i znów... Narkotyk.


- Skoro wspomniał pan o nieśmiałości, domyślam się, że trema – mimo tych 25 lat - jeszcze czasem się pojawia.

Mirosław Baka: Oczywiście, że tak. Oczekiwania wobec aktora, który się sprawdził wielokrotnie są znacznie większe. Zdaję sobie sprawę, że mam jakąś grupę ludzi, którzy obserwują moje poczynania. Wiedzą, że mi się ta czy inna rola udała. Wychodzę na scenę i myślę o nich, żeby ich nie zawieść. Człowiek dopracował się jakiejś marki i teraz trzeba ją utrzymać na odpowiednim poziomie. Więc trema jest zawsze. Tylko sposób radzenia sobie z nią się zmienia. Każdy się czegoś boi, tylko trzeba umieć sobie wtedy ze strachem poradzić. Trema to też jest przecież tylko strach. Przez lata człowiek wypracowuje sobie metody pewnego rodzaju obrony przed nim albo wykorzystania tego destrukcyjnego wydawałoby się uczucia na swoją korzyść. To jest możliwe. Ja wiem, że dwa dni przed premierą się w ogóle nie denerwuje, ale wiem co będzie dwie godziny przed. I już muszę być na to gotowy. Niech to będzie pozytywne spięcie. Spokój, będzie dobrze.


- „Krótki film o zabijaniu”. Czy to jest prawda, że taksówkarze bali się z panem po nim jeździć lub kazali przesiadać się na przedni fotel?
Mirosław Baka: To była taka anegdota. Raz mi się zdarzyło. Wsiadałem do taksówki, kierowca spojrzał na mnie i powiedział: „może i aktor, ale siadaj pan z przodu”. Ale nie to, że się bali. Nawet ostatnio jechałem z jakimś taksówkarzem i on mówi: „panie, ja oglądałem ten >>Krótki film o zabijaniu<< dawno, młody byłem, jakieś miałem takie w sobie nielubienie pana. Chociaż przecież wiedziałem, że aktor... Ale potem, jak pana widziałem w innych rolach to mi się wyrównało, a teraz to się nawet cieszę jak pana widzę”.


alt




- Jednak po tej roli przylgnęła do pana łatka łobuza. Dostawał pan role mroczne, twardzieli czy złych ludzi. Nie było to męczące?
Mirosław Baka: Nie. Na dobrą sprawę to ja jeszcze jedną nogą tkwię w tych rolach komisarzy, policjantów, bandytów i innych morderców. Taką mam twarz (śmiech). Nigdy nie stanowiło to dla mnie problemu. Byłoby niemądre buntować się przeciwko pewnego rodzaju emploi, które się posiada. Jak ktoś jest mały, niski i gruby, to nie może aspirować do ról amantów. Nie jestem za wysoki i za chudy, ani za niski i za gruby, ale mam powierzchowność, która mnie predestynuje do grania takich ról. Gdybym był człowiekiem złym, z morderczymi instynktami, to może miałbym problem z tym, że mnie w aktorstwie również w tę stronę popychają. Ale w związku z tym, że jestem człowiekiem spokojnym, łagodnym, uśmiechniętym, o czym moi przyjaciele i znajomi mogą zaświadczyć, to nie mam z tym problemu. A poza tym, jak się ktoś przyjrzy tak dokładnie moim rolom filmowym, a zwłaszcza teatralnym, to jest tam spora różnorodność.


- Od czasu, kiedy pan zaczynał swoją przygodę z teatrem dużo się zmieniło w pracy nad spektaklem?
Mirosław Baka: Nie. Tak bym nie powiedział. Praca nad spektaklem to kwestia człowieka, reżysera, a nie znak czasu. Kiedy zaczynałem pracę w teatrze, czyli koniec lat '80, to były teatralne wieki temu. Bo teatr bardzo ewoluował. Kiedyś może mniej człowiek był w stanie sobie wyobrazić jakieś przeplatanki Szekspira Molierem, dopisywanie tekstów czy skreślanie trzech czwartych zawartości dramatu itp. Była większa pokora wobec autora teatralnego. Albo mniejsza inwencja reżyserska. Każdy czas ma swój teatr. Ale jeśli chodzi o pracę nad spektaklem czy nad rolą, to bym nie rozgraniczał tych czasów. Zarówno kiedyś, jak i dzisiaj, jeśli reżyser jest wymagający, praca wygląda tak samo. Proszę się nie dać zwieść, że u Klaty w Krakowie ludzie tekstu nie dostają, każą im gdzieś biegać po ulicach, coś kombinować. Moim zdaniem to nie są reżyserzy teatralni, tylko performerzy, którzy chcą „pokombinować” coś w okolicach teatru. To nie jest teatr. Ludzie się chyba w końcu opamiętają i stworzą sformułowanie parateatr czy kwaziteatr. Nie wszystko można nazywać teatrem.


- Stąd moje pytanie. Bo ostatnimi czasy ludzie zaczęli się niejako buntować, dość mają udziwnień.
Mirosław Baka: No właśnie. Zwrócę uwagę na pracę Adasia Nalepy. To jest najlepszy przykład. Wykorzystuje w „Czarownicach z Salem” wiele środków wyrazu typowych dla „nowoczesnego” nazwijmy to teatru, ale wewnątrz tego, postawił wyspę na środku i zostawił tam teatr aktora. Z pełnym szacunkiem do słowa, relacji, emocji, prawdy. Dlatego tak polubiłem pracę z nim. On, przy całym swoim nowatorstwie, nie zapomina o tym skąd teatr wyszedł i co jest w nim najważniejsze. Nie można zdegradować roli, tekstu, aktora do instrumentalnego minimum i stworzyć widowisko im dziwniejsze, tym lepsze. To, co kiedyś nazywano performingiem teatralnym, teraz nazywa się teatrem. Kiedy to zjawisko się pojawiło, grupa freaków, artystów różnej maści zaczęła odpieprzać jakieś dziwne numery; zdarzenia artystyczne wywodzące się z przebogatego źródła, jakim zawsze był i jest teatr. Ale oni byli performerami, działali okołoteatralnie. A teraz chcą to nazywać teatrem. Mnie to trochę martwi, nuży i myślę, że już nie tylko mnie. Sieradzki o tym niedawno pisał i coraz więcej mądrych ludzi zaczyna się wypowiadać, że jakiś wariatuńcio pseudoteatralny robi sztuki nie dla ludzi, tylko żeby swoim kumplom z tego zaklętego kręgu „twórców” coś pokazać, zaszokować, sprowokować... Widzowie ich raczej nie specjalnie interesują i tym się czasami nawet szczycą. Boże chroń mnie przed takimi ludźmi... A tam, nie będę narzekał. Mimo wszystko teatr ma parę tysięcy lat i poradzi sobie w końcu z tą grupą oszołomów. Przeminą jak zły sen.


alt



- Odejdźmy na chwilę od teatru. Proszę mnie źle nie odebrać, ale czy w związku z pana nazwiskiem nie miał pan propozycji wzięcia udziału na przykład w Marszu Wolnych Konopii?
Mirosław Baka: (śmiech) Nie. Raz tylko Szymon Majewski w którymś ze swoich programów proponował, żeby zrobić taki żarcik „czy pan Baka baka?”. Poza tym nikt mi takich rzeczy nie proponował. Często na forach internetowych są podobno żarciki tego typu.


- Przewijają się też opnie, że podobno uważa się pan za zgreda.
Mirosław Baka: Już się kiedyś tłumaczyłem z tego. Zgredem jestem o tyle, że nie mam zamiaru się wysilać i być idolem nastolatków. Na Boga, oni mają swoich idoli. Jak miałem dwadzieścia parę lat, to byłem wyrazicielem buntu swojego pokolenia. Teraz jestem starszym panem, który może się temu z melancholijnym uśmiechem przyglądać.


- Czyli z portali społecznościowych pan nie korzysta, a „słit foci” nie robi.
Mirosław Baka: „Słit focie” sobie teraz każdy robi. Ja sobie ich nie robię, ale ze mną chcą. Natomiast nie uczestniczę w twitterach czy facebookach. Nie mam nic przeciwko temu, że ludzie się dzięki temu porozumiewają. Jest mi tylko żal, że częściej robią to via sieć niż patrząc sobie w oczy. Znak czasów. Ja nie odczuwam potrzeby bycia na portalach społecznościowych, radzę sobie bez nich.


alt



- Podobno jest pan kibicem piłki wodnej.
Mirosław Baka: To nie tak. Nie jestem kibicem piłki wodnej, tylko po prostu pochodzę z Ostrowca Świętokrzyskiego, gdzie piłka wodna czterdzieści lat temu była na bardzo wysokim poziomie i bardzo ważną dyscypliną sportową miasta. W związku z tym każdy chłopak gdzieś przez ten basen się przepluskał. Mnie to zabrało rok życia i zostawiło chroniczne zapalenie spojówek (śmiech). Ale trzeba było szybko dokonać wyboru czy człowiek chce się uczyć, czy chce być sportowcem. Padło, może nie tak bardzo na naukę, ale nie na sport. A że kibicem... Nie. Ja, niestety, kurcze... Chyba coś jest u mnie nie tak z testosteronem? Nie wiem skąd to się bierze. Nie mam takich konieczności i potrzeb jak wielu moich kolegów, że dzisiaj grają ci, ta biega, ten skacze. Fajnie. Też czasem lubię popatrzeć na zmagania sportowe, natomiast kiedy moi koledzy mówią, że mecz się zaczyna o 20, a ja się pytam kto gra i w co, patrzą na mnie z przerażeniem, co ja w ogóle za facet jestem (śmiech). Jakoś daję radę bez tego. Nie chcę powiedzieć, że jak Polska gra w mistrzostwach świata to tego nie oglądam, bo oglądam, ale mógłbym się obejść.


- Wróćmy zatem do sceny. 25 lat w Teatrze Wybrzeże. Co takiego w nim jest, że nigdy go pan nie zmienił?
Mirosław Baka: Nie wiem. To znaczy mogę spróbować to zdefiniować. Skoro realizuję się tu teatralnie, to nigdy nie czułem potrzeby poszukiwania innego miejsca, innej sceny dla siebie. Grałem najróżniejszy repertuar i role. Teraz, po tych 25 latach może też jest w tym trochę podbarwionej sentymentem wierności scenie, na której tak na poważnie zaczynałem. Później otarłem się o różne teatry warszawskie. I jakoś tak nie czuję, żebym przenosząc się tam, zaczynając nowe życie z nowym zespołem, jakoś strasznie się odświeżył. Często mówi się, że aktorzy zmieniają teatr, żeby popracować z innymi ludźmi. Jestem tu 25 lat i wciąż pracuję z nieco innymi ludźmi, bo ludzie się przewijają, a ja tu trwam. Ja i jeszcze parę osób. A zespół ewoluuje. Dzięki temu mam do czynienia z nowymi, zwłaszcza młodymi aktorami. Może gdybym był uwięziony w tym teatrze, nigdzie indziej nie grał, wtedy bym poczuł chęć zmiany. Jednak ja dużo się poniewierałem po różnych planach filmowych, grałem z różnymi ludźmi, w różnych językach... Dobrze mieć takie miejsce, do którego się wraca. Ja w każdym razie czegoś takiego potrzebuję. Zresztą w Gdańsku mam swój dom, tu urodzili się moi synowie, tu mam najwierniejszych przyjaciół, więc to jest moje miejsce na ziemi. Oczywiście, znam też i przyjaźnię się z wieloma osobami w Warszawie. Generalnie moje życie wygląda tak, że dziesięć dni w miesiącu spędzam w Warszawie, więc czasami mam już „po kokardę” tego podróżowania (śmiech).


- Pół żartem, pół serio, już na koniec – plany Mirosława Baki na kolejne 25 lat.

Mirosław Baka: Moje plany, zwłaszcza długoterminowe, nigdy właściwie nie dotyczyły pracy zawodowej. Nie zakładałem, że muszę kiedyś zagrać Hamleta, króla Lira czy że muszę zagrać u tego czy innego reżysera w filmie. Moje plany dotyczyły życia osobistego; że chcę mieć rodzinę, dzieci, chcę mieć dom, w którym będzie ogród, gdzie będę mógł sobie posiedzieć z przyjaciółmi. Marzenia takie jak u większości ludzi. I one się zrealizowały. Teraz mam takie, żeby zobaczyć jak najwięcej świata. To są marzenia długoterminowe. Na następnych 25 lat. Moglibyśmy teraz usiąść przy książce, którą dostałem od przyjaciół, gdzie jest sto najpiękniejszych miejsc świata i pokazałbym panu, które już odfajkowałem, a które chcę zobaczyć. To są wyprawy czasem bardzo dalekie. W strony Pacyfiku, obu Ameryk, Azji... Następne 25 lat mógłbym z dużym spokojem zagospodarować wyłącznie podróżowaniem po świecie i poznawaniem nowych miejsc. Tym bardziej, że na stare lata wróciłem do pasji fotografowania, która bardzo ładnie się rymuje z tym podróżowaniem. To są moje plany. A co się będzie ze mną działo w teatrze i filmie? Nie mam pojęcia. I chyba nie chcę mieć. Moje życie zawodowe los układa. Ja mu czasami tylko troszkę pomagam. I niech tak będzie.

fot. Michał Szlaga


Inne artykuły związane z:
Related news items:
Newer news items:
Older news items:
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież