Karol Nawrocki odpowiada na zarzuty sformułowane przez radnych klubu "... » Karol Nawrocki, Dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, wydał oświadczenie odnosząc się do za... Zmarł Olgierd Pawłowski » W wieku 95 lat odszedł Olgierd Pawłowski. Legenda radiowego dziennikarstwa na Wybrzeżu.Spiker, lekto... „Środa z profilaktyką” - dyżur diabetyków » W środę 13 listopada, w kolejnej odsłonie akcji „Środa z profilaktyką”, w siedzibie Pomorskiego Oddz... Portal strefy władzy - za miliony z kasy Gdańska » Dziennikarze "Gazety Gdańskiej" i Radia Gdańsk dotarli do sprawozdania zarządu spółki Gdańskie Centr... 17. Gdańska Parada Niepodległości » Tysiące gdańszczan, jako uczestnicy lub widzowie, wzięło udział w 17. Gdańskiej Paradzie Niepodległo... Moda kontra rak » Mali pacjenci Oddziału Hematologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku w sobot... „Solidarność” i biskupi. Konferencja w Sali BHP „Od godności człowieka... » Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność” i Międzynarodowe Centrum Badań nad Fenomenem Solidarności, czyli ... Poseł Płażyński w sprawie redaktora Naskręta pisze do Prokuratora Kraj... » W związku z wezwaniem na policję dziennikarza Macieja Naskręta za upublicznienie nagrania z prezyden... Talenty Pokoleń 2019 » W ramach Gdańskich Dni Seniora 2019 w Centrum Rozwoju Talentów Gdańskiego Urzędu Pracy miała miejsce... Red. Naskręt podejrzany - cena wódki czy demokracji? » Maciej Naskręt, obecnie dziennikarz Radia Gdańsk, który pracując jeszcze w redakcji portalu Trójmias...
Reklama
Portal strefy władzy - za miliony z kasy Gdańska
wtorek, 12 listopada 2019 15:22
Portal strefy władzy - za miliony z kasy Gdańska
Dziennikarze "Gazety Gdańskiej" i Radia Gdańsk dotarli do sprawozdan ...
Trefl rozbił Asseco Resovię
środa, 13 listopada 2019 23:00
Trefl rozbił Asseco Resovię
Po bardzo dobrej grze siatkarze Trefla rozbili w ERGO Arena Asseco Res ...
Pogoń ukarała nieskuteczną Lechię
niedziela, 10 listopada 2019 19:06
Pogoń ukarała nieskuteczną Lechię
W piątym spotkaniu z rzędu Lechia nie odniosła zwycięstwa. Biało- ...

Galeria Sztuki Gdańskiej

Ryszard Kowalewski – Moje góry
niedziela, 03 listopada 2019 16:08
Ryszard Kowalewski – Moje góry
„Góry sobie poradzą beze mnie, ja bez gór nie bardzo. Od lat kied ...

W obiektywie Macieja Kostuna

Odkrywanie tajemnic spod ogona
środa, 26 lipca 2017 18:30
Odkrywanie tajemnic spod ogona
Solidarność męska powinna mnie powstrzymać od plotek na tematy int ...

Sport w szkole

Finały zawodów lekkoatletycznych
poniedziałek, 30 kwietnia 2018 17:19
Finały zawodów lekkoatletycznych
Gdański Zespół Schronisk i Sportu Szkolnego zaprasza do udziału w ...
LORD OF THE DANCE – Dangerous Games w ERGO Arenie
sobota, 09 listopada 2019 08:38
LORD OF THE DANCE – Dangerous Games w ERGO Arenie
W Gdańsku 16 listopada br. w ERGO Arenie zagości widowisko LORD OF T ...
31 edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Religijnej im. Stanisława Ormińskiego w Rumia
poniedziałek, 28 października 2019 20:45
31 edycja Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Religijnej im. Stanisława Ormińskiego w Rumia
Festiwal Muzyki Religijnej im. Ks. Stanisława Ormińskiego w Rumia od ...
Spotkali się, by oszacować możliwości założenia muzeum
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 18:04
Spotkali się, by oszacować możliwości założenia muzeum
Fundacja „Mater Dei”, ta sama dzięki której w dużej mierze powr ...

Sopockie (i nie tylko) życie towarzyskie i kulturalne

Ocena użytkowników: / 10
SłabyŚwietny 
środa, 15 lutego 2017 17:39

Kiedy – jakiś czas temu – pracowaliśmy z Romanem Stinzigiem na książką „Kurort w cieniu PRL”, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie o to, co było esencją życia towarzyskiego w Sopocie w latach 1945-1989 i z czego to miasto było wtedy najbardziej znane. Oczywiście, doskonale zdawaliśmy sobie obydwaj sprawę (zwłaszcza jako mieszkańcy), iż każda z kolejnych dekad PRL-u o w tym przypadku zupełnie inna opowieść i nieco odmienna specyfika sopockiego kurortu, wynikająca z dynamiki życia społeczno-politycznego, mody, przełomowych wydarzeń, ogólnych tendencji, czy też wschodnich i zachodnich wzorców. Ale Sopot przez te wszystkie lata dla rodaków wciąż pełnił dość istotną rolę namiastki zachodniego świata, w którym można było otrzeć się o prawdziwe gwiazdy i posmakować zakazanego na codzień owocu.



Wpadła mi ostatnio w ręce książka Cezarego Praska „Życie towarzyskie w PRL”. Nie szukałem w niej zresztą sopockich śladów, bardziej licząc na ciekawą socjologiczno-psychologiczną analizę zjawisk, wydarzeń i ludzkich zachowań. Ale zanim na dobre zagłębiłem się jeszcze w jej lekturę, Sopot sam mnie odnalazł, wylewając się wprost z kart książki. I to za sprawą Franciszka Walickiego i związanych z nim wybrzeżowych „kolorowych zespołów” big-beatowych. Autor wspomina, że „najważniejszym wówczas i najgłośniejszym lokalem tanecznym w Polsce był sopocki Non-Stop (pomysł właśnie Walickiego, nazywanego ojcem chrzestnym polskiego rocka – przyp. WF). Powstał (...) na terenach CBWA, czyli Centralnego Biura Wystaw Artystycznych, tuż przy molo.(...)  W kolejnych latach, zapewne z powodu wchodzenia w kolizję akustyczną z innymi miejscami o charakterze rozrywkowym, Non-Stop przeniósł się ba nadmorską promenadę prowadzącą w kierunku Gdańska. Tutaj już nikomu nie przeszkadzał i tu mogła zjeżdżać, najczęściej modnym wówczas autostopem, młodzież z całego kraju”. Autor nie do końca ma jednak rację, bowiem ta nowa lokalizacja sopockiego „Non-Stopu” (otoczonego wtedy legendarnym dziś już, białym płóciennym płotem) od początku spotykała się z licznymi protestami okolicznych mieszkańców, w związku z czym po kilku kolejnych latach pierwsza polska scena rockowa w plenerze zawędrowała w pobliże torów wyścigów konnych, dokładnie tam, gdzie mieści się dziś miejskie targowisko. Nie czas tu na kolejną odsłonę historii polskiej muzyki młodzieżowej, ale warto jednak przypomnieć, że to właśnie tu zaczynał swoją drogę do rockowej kariery m.in. Niemen (jeszcze jako Czesław Wydrzycki zaśpiewał właśnie tu swoją pierwszą autorską piosenkę), a muzycy „Czerwonych Gitar” poznali  w „Non-Stopie” swoje żony, czego dalekim echem była m.in. piosenka „Historia jednej znajomości”. Dlatego dla nikogo nie jest zaskoczeniem, że „Non-Stop” jawił się polskiej młodzieży jako miejsce kultowe, obrosłe mitami i legendami. Podobnie jak niektóre sopockie kawiarnie (wszak nocnych klubów i pubów jeszcze wtedy nie było). Jak pisze Prasek: „najelegantsza z nich znajdowała się w jeszcze przedwojennym Grand Hotelu, który niegdyś był jaskinią hazardu, gdzie tracili fortuny najbogatsi kuracjusze z całej Europy. Po wojnie gra w ruletkę była zakazana, więc mogli tu także czuć się jak u siebie goście z cieńszymi portfelami. I wtedy także mogli się naocznie przekonać, że elegancja kawiarni była o tyle problematyczna, że lokal stanowił jakby przedłużenie dużego holu (...) Nocne życie towarzyskie przenosiło się do znajdującego się w hotelowym skrzydle baru  Caro” (...) Najwięcej kawiarni było jednak przy sopockim deptaku, słynnym Monciaku. Zapamiętałem głównie Złoty Ul, a to ze względu na jego nietypową nazwę. Ale takąż nietypową nazwę, przynajmniej w tym otoczeniu miała również położona obok niego elegancka restauracja Pod Strzechą. Warto zapewne wymienić także znajdującą się na deptaku w pobliżu molo Algę, która na parterze była co prawda barem szybkiej obsługi, za to na piętrze kawiarnią z dancingiem. Obok znajdował się słynny lokalik z włoskimi lodami, przed którym zawsze stał skuter Lambretta, obiekt tęsknych westchnień męskiej młodzieży oraz sopocki SPATIF na piętrze, do którego wchodziło się po drewnianych, skrzypiących schodach. Niemal naprzeciwko zaraz po wojnie był Bar pod Kotwicą, który zapadł w zbiorowej pamięci, bo prowadził go słynny komik Adolf Dymsza, obłożony jeszcze w lipcu 1944 roku przez władze podziemne infamią, skutkującą zakazem występów w Warszawie  za to, że urządzał w swoim mieszkaniu popijawy w towarzystwie rozmaitych podejrzanych Niemców i robił z nimi geszefty”. Autor miał prawo nie wiedzieć (bo i skąd), że Złoty Ul (uwieczniony przez Stefana Kisielewskiego w jednej z jego powieści) był nie tylko miejscem towarzyskim spotkań turystów, ale i ulubionym lokalem cinkciarzy oraz pracowników wiadomych służb. Mój ekscentryczny wujek, Bolesław Waliński, z upodobaniem palący cygara (skąd je brał w tej szarej rzeczywistości?), po wojnie dorabiał tam grywając na fortepianie, a jego barwne opowieści o dziwnych transakcjach i oryginalnych postaciach sopockiego półświatka i funkcjonariuszach w cywilu, którzy tam się spotykali ze swoimi agentami pamiętam do dziś. Dla gości tego lokalu szatniarz (skądinąd też najczęściej współpracujący jako informator MO czy SB), kelner czy muzyk przy  instrumencie to były postaci w pewnym sensie „przezroczyste”, dlatego widzieli oni i zapamiętywali więcej, niż inni.  Z kolei nocny bar „Caro” w Grand Hotelu słynął nie tyle ze spotkań „najznamienitszych przedstawicieli elity kulturalnej”, jak opisuje to autor książki, co jako stałe miejsce pracy luksusowych prostytutek oraz dyskretnej obserwacji obywateli „zgniłego Zachodu”, praktycznie niedostępne dla przeciętnego Polaka.


Interesujący jest fragment książki  dotyczący narodzin i organizacji pierwszej edycji Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Mało kto już bowiem dziś pamięta, że jego historia rozpoczęła się właśnie w Sopocie, we wrześniu roku 1974. „Nad morzem już właściwie po sezonie – wspomina Cezary  Prasek – Ulice i kawiarnie świeciły pustkami. Wolne były również akademiki, do których jeszcze nie przyjechali studenci. W sopockim kinie Polonia odbywały się pokazy filmowe. Filmów tam prezentowanych właściwie nie pamiętam (główna nagroda przypadła wówczas Jerzemu Hoffmanowi za „Potop” – przyp. WF), ale mam nadal przed oczami owe domy studenckie, w których my, dziennikarze, piszący o kinie mieszkaliśmy wraz z aktorami. Zapamiętałem Daniela Olbrychskiego, Ignacego Machowskiego, Ryszarda Pietruskiego,  Józefa Nalberczaka. Bo wieczorami właściwie nie było co ze sobą zrobić i życie towarzyskie koncentrowało się w akademiku, w otwartym na potrzeby uczestników barku z wódką. Był tak samo ponury i smutny, jak cała ta pierwsza impreza”.


Autor opisuje też początki i historię  innej sopockiej imprezy, nieco zaskoczony konstatując, iż „pierwszy sopocki festiwal piosenki trwał od 25 do 27 sierpnia 1961 roku... w hali Stoczni Gdańskiej”. Rzeczywiście tak było, choć ta lokalizacja nie była wcześniej zaplanowana. W swoich zbiorach posiadam unikalny katalog z tej pierwszej edycji, w którym organizatorzy zapraszają do Opery Leśnej. Tam odbywały się nawet wtedy pierwsze próby, ale nagłe załamanie pogody wymusiło natychmiastową zmianę planów i festiwalową ewakuację całej ekipy właśnie do Gdańska. Centrum festiwalowe mieściło się oczywiście w Grand Hotelu, bo przez długi czas był to najbardziej reprezentacyjny hotel Trójmiasta. Do sopockiego leśnego amfiteatru festiwal powrócił dopiero wtedy, kiedy zdecydowano się przykryć go gigantycznym dachem. „Uznany w tamtych latach za cud techniki, sprawił, że na jego temat szeroko rozpisywała się prasa (...) Nawet mi przez myśl wtedy nie przeszło, że już niebawem, z początkiem lat siedemdziesiątych zacznę przyjeżdżać do Sopotu w zupełnie innej roli, dziennikarza akredytowanego przy Międzynarodowym Festiwalu Piosenki. Będzie to już jednak zupełnie inna epoka. Odmiennie niż to było w przypadku gomułkowskiego siermiężnego socjalizmu, Edward Gierek docenił korzyści płynące z dysponowania telewizją (...) Największy rozkwit sopockiego festiwalu następuje w latach 1977-1980, kiedy to Telewizja Polska postanowią uczynić z niego konkurencję dla Festiwalu Eurowizji, organizując Festiwal Eurowizji z rozmachem i udziałem największych gwiazd (...) oczywiście w tamtym czasie swoje robi także polityka. Festiwal Interwizji nie ma oczywiście najmniejszych szans w konkurowaniu z Festiwalem Eurowizji. Ale poprzez dbałość o jego reputację i prestiż wybija się na czoło wszystkich tego typu imprez organizowanych w krajach bloku wschodniego. Jest transmitowany do wielu z nich, przede wszystkim do ogromnego przecież Związku Radzieckiego, co sprawia, że wielu artystów wiąże z nim nadzieję zdobycia popularności międzynarodowej”.


„Piosenka nie zna granic” – takie hasło towarzyszyło przez lata sopockiej imprezie, trochę przypadkowo demaskując też przy okazji ograniczenia systemu, bowiem piosenka może i tych granic nie znała, ale obywatele PRL-u, nie mający swojego paszportu w szufladzie, z zazdrością patrzyli na tych, dla których podróżowanie po świecie nie było przywilejem, a codziennością. Z kolei tzw. Dzień Polski, czyli interpretacja wybranej polskiej piosenki przez zagranicznego wykonawcę miała być „oknem na świat” polskich twórców, ale praktycznie nie przyniosła żadnych wymiernych efektów. Może z wyjątkiem wyjątkowo często wybieranej piosenki Czesława Niemena „Dziwny jest ten świat”, która dziś powraca echem w różnego rodzaju zagranicznych programach typu „talent show”. To opóźniony w czasie efekt gigantycznej widowni telewizyjnej Festiwalu Interwizji, która sięgała znacznie ponad 300 milionów widzów. Popularność sopockiej imprezy nie była jednak przypadkowa, był to bowiem najstarszy i największy festiwal  tego typu w naszej części Europy, a jego walory promocyjne cały czas są nie do pogardzenia. Zarówno w czasie przemian, kiedy festiwal „sprywatyzowano”, jak i w okresie 5-letniej  współpracy z TVN, sopocki festiwal z pewnością pełnił rolę swoistej kotwicy medialnej i punktu odniesienia dla wszystkich innych imprez cyklicznych. Dlatego trochę dziwi dziś  systematyczne rozmienianie na drobne bogatego festiwalowego dziedzictwa (np. poprzez rozdawanie Bursztynowego Słowika na prawo i lewo na zupełnie innych wydarzeniach przez aktualnego sopockiego prezydenta) czy wręcz lekceważące sygnały ze strony miasta, dla którego ta najważniejsza niegdyś polska impreza każdego lata dziś stanowi niechciany balast. Za chwilę powrót do festiwalowej tradycji – jak sądzę – będzie już niemożliwy i spełni się skrywane życzenie sopockich władz, aby umarła ona śmiercią naturalną. Na codzień słucham zupełnie innej muzyki i festiwalowe podrygi jakoś mnie nie ruszają. Ale – przepracowawszy przy organizacji sopockiego festiwalu kilkadziesiąt lat – wiem, że pozbywanie się takiej (już ponad 65-letniej!) tradycji jest wyjątkowo krótkowzroczne i w dłuższej perspektywie będzie szkodzić nie tylko Operze Leśnej, która jest obiektem unikalnym nie tylko w skali Polski i wręcz wymarzonym do realizacji tego typu imprez. Czy ktoś jest w stanie zrozumieć, że w kulturalnym sopockim kalendarzu jest miejsce zarówno na ambitne wydarzenia artystyczne i koncerty, jak i festiwalowe zmagania z nieco lżejszą piosenką?  


Zaprzepaszczenie festiwalowego potencjału Opery Leśnej to – moim zdaniem – zaniedbanie nie do wybaczenia, bowiem tego wydarzenia nie da się bezboleśnie zastąpić jakimś innym. Twórca sopockiego festiwalu, Władysław Szpilman (który zdecydowanie zasłużył na jakąś godną formę upamiętnienia w kurorcie) przewraca się dziś z pewnością w grobie, kiedy bezpowrotnie marnotrawi się jego dorobek i budowaną przez kolejne dziesięciolecia markę. Oczywiście, można zaklinać rzeczywistość i tłumaczyć, że czasy dziś zupełnie inne i wymagają nowych propozycji, ale jakoś nie widzę tych rewolucyjnych pomysłów, które przyciągnęłyby takie tłumy do sopockiego amfiteatru i miliony przed telewizyjne okienka.
Ale dość narzekania na dzisiejsze czasy. Powróćmy do książki, którą czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, a ja z dużą satysfakcją odnajdowałem na jej kartach coraz to nowe sopockie ślady. Niestety, pewnym mankamentem tej pozycji jest fakt, że autor nie mógł się chyba zdecydować na określoną, spójną formę narracji. Miesza swoje wspomnienia z próbami analizy socjologicznej, mając jednocześnie ambicje stworzenia w miarę wyczerpującego obrazu życia towarzyskiego Polaków na prowincji i w mieście w latach 1945-1989. Dlatego większość opisywanych przez niego zjawisk i wydarzeń jest potraktowana dość powierzchownie, a dobór miejsc bywa trochę przypadkowy, wynikający głównie z osobistych doświadczeń. Zawodzi też czasami autora pamięć, bowiem błędnie przywołuje niektóre daty, które skądinąd w dzisiejszym czasach można bez problemu błyskawicznie zweryfikować.


Mimo tych mankamentów jest to książka, którą warto polecić zwłaszcza tym, którzy chcieliby z autorem wspólnie wyruszyć na nieco nostalgiczną wędrówkę w czasie, bo jak pisze on: „przeszłość we wspomnieniach wydaje się lepsza niż była w rzeczywistości”. Dla młodego pokolenia może to być kolei ciekawa lekcji najnowszej historii z doświadczonym przewodnikiem.


Wojcich Fułek


Cezary Prasek, Życie towarzyskie w PRL – zabawy, kawiarnie, festiwale, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2011

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież