Gdynia: Ludzie żyją w strachu - protest przeciwko bezradności państwa... » O gdyńskim Wzgórzu Orlicz-Dreszera znowu zrobiło się głośno, ponownie doszło tam do napaści na miesz... Dodatkowy milion lat życia na Pomorzu w zasięgu ręki » Podczas Gminnych Dni Seniora, odbywających się 16 listopada w Skarszewach, odbyła się inauguracja pi... Medale i odznaczenia z okazji 50-lecia pomorskiego WOPR » Z okazji jubileuszu 50-lecia Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w Sali Okrągłej Urzędu Marsz... W spór artystów z dyrektorem w Operze Bałtyckiej włączył się rząd » W liście do związkowców wicepremier Piotr Gliński poinformował, że zwrócił się do marszałka Mieczysł... Dowiedz się jak nie dać się rakowi! » O profilaktyce i edukacji dotyczącej raka płuc będą rozmawiać zaproszeni eksperci podczas interdyscy... Prokurator przygląda się madryckiej eskapadzie gdańskich urzędników » Prokuratura Okręgowa w Gdańsku wszczęła śledztwo w sprawie podejrzenia przyjęcia korzyści majątkowyc... Gdańska pikieta przeciwko faszyzmowi » „Nacjonalizm zabija”, „Stop rasizmowi” – z takimi hasłami pikietowali uczestnicy happeningu, który o... Ostrzał Muzeum II Wojny Światowej » Delegatura CBA w Gdańsku prowadzi, pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, śledztwo dotyczące ... Pomorscy uczniowie dyskutowali o sztucznej inteligencji » Około 300 uczniów z Pomorza wzięło udział w I Pomorskiej Uczniowskiej Konferencji Naukowej "Sztuczna... Oświadczenie Wojewody Pomorskiego » Oświadczenie Wojewody Pomorskiego odnoszące się do przegłosowania w Parlamencie Europejskim rezolucj...
Reklama

altRozmowa z Markiem Weissem, dyrektorem naczelnym i artystycznym Państwowej Opery Bałtyckiej


- Jako Dyrektor Naczelny i Artystyczny Państwowej Opery Bałtyckiej, obcuje pan z muzyką klasyczną zapewne każdego dnia. Dziś pytam czy w kwestii muzycznej otwarty jest pan na inne gatunki? Czy w drodze do pracy słucha pan radia, a może określonych płyt CD?
Marek Weiss: Ostatnio płyta Sade – słucham jej na okrągło. Jest to artystka, która imponuje nie tylko wybitnym poziomem wokalnym ale także niezwykłą wiernością wobec świata swoich wartości. Bez wątpienia jest w tej osobie coś pięknego. Lubię też jazz – tak, jazz. Cenie też wielu rodzimych artystów, którzy mimo, że na żywo w operze wystąpić by nie mieli szans, są jednak wybitni. Myślę tu chociażby o Kayah, czy Monice Brodce – młodej, utalentowanej artystce. Zasadniczo, w moim pojmowaniu muzyka w ogóle nie dzieli się na tę lepszą czy gorszą ze względu na gatunek. Przyjmuję tu raczej inny podział: na muzykę doskonałą i byle jaką. W muzyce jak i w każdej dziedzinie sztuki, ludzie robią wiele rzeczy byle jak. Bardzo ważne jest, abyśmy konsekwentnie przekonywali ludzi, że muzyka to nie jest to wszystko, co brzmi i dźwięczy.

- Teatr Telewizji to instytucja działająca na wzór tradycyjnego repertuarowego teatru - działa jak ten teatr, który znamy doskonale. Jaki jest pana stosunek do tego typu przedsięwzięć? Profanacja czy pomysł doskonały?
Marek Weiss: W moim pojmowaniu z teatrem to nie ma nic wspólnego. Sam zresztą zrobiłem taki spektakl w teatrze telewizji – Zamek Kafki. Nie chciałbym do tego wracać, gdyż to jest działalność w innym gatunku. Tak naprawdę teatr jest spotkaniem żywego człowieka z żywymi ludźmi. To, czy coś staje się teatrem nie ma nic wspólnego z estetyką, ani z tematyką, ani ze scenerią. Tym bardziej z rodzajem aktorów, czy aktorstwa. Te argumenty to zwykłe dyrdymały. Problem polega na tym, że w teatrze, przede mną na scenie znajduje się żywa postać! Wiem, że ona cierpi, albo udaje, albo jest prawdziwa, albo nieprawdziwa, albo mnie przekonuje, albo nie – ale to wszystko ma miejsce teraz, w tym momencie, żadnym innym. Krzyczy głosem który się z niego teraz wydobywa. Dawniej, instytucja teatru telewizji emitowała „na żywo”, w tym wypadku można by się uprzeć, że to jeszcze było coś zbliżonego do prawdziwego teatru, mimo wszystko, jedynie zbliżonego. Bo wie pani, dziś to wszystko jest zmontowane, pocięte i nagrane. Połowa teatru telewizji powstaje gdzieś w plenerach na ulicy – tak naprawdę, są to niskobudżetowe filmy, nic innego. Seriale telewizyjne czy teatr telewizji, chociażby nie wiem jak ambitne i poruszające, są zawsze filmami.

- Kino i teatr to sztuki o tym samym rdzeniu (z tym, że ta pierwsza na pewno dużo młodsza). Wiele rozpraw traktuje o filmie jako zagrożeniu i konkurencji dla teatru. W jakich kategoriach pan postrzega kinematografię?
Marek Weiss: Nie. Wie pani, świat jest bardzo różnorodny, coraz bardziej różnorodny i wszyscy mogą znaleźć sobie miejsce – ludzi jest coraz więcej. Coraz więcej jest także różnych propozycji którymi ludzie się karmią. Arcydzieła powstają w każdej dziedzinie i tak jak mówiliśmy o muzyce, tak powstają też wielki arcydzieła filmowe. Są tyle samo warte, co najbardziej szlachetne dzieła literackie, muzyczne czy teatralne. Można wymienić filmy, które mają to samo znaczenie, tę samą wartość artystyczną i ten sam wpływ na przemianę człowieka w człowieka, co Requiem Mozarta, opery Verdiego czy dzieła Dostojewskiego. Istnieją wielkie dzieła filmowe, których nie należy lekceważyć, tylko dlatego, że są zrobione na celuloidowej taśmie. Tu po prostu chodzi o inny gatunek, inaczej wpływający na człowieka, inaczej go poruszający. To nie jest konkurencja dla teatru. Teatr pozostanie spotkaniem żywych ludzi i nic go nie zastąpi. Tym bardziej teatru opery, która jest najbardziej poważnym, na poły sakralnym spotkaniem z wzniosłością, heroizmem i wartościami. Opera w moim przekonaniu będzie zastępować coraz większej ilości ludzi spotkania sakralne wobec uwiądu rangi kościoła powszechnego.

- Zakładam, że pańska praca to przede wszystkim ogromna, absorbująca pasja – w związku z tym, niewątpliwie i pan ma potrzebę oderwania się czasem od świata Opery. Co dla Marka Weissa będzie dobrym pomysłem na odprężające popołudnie?
Marek Weiss: Szczerze mówiąc jest to bardzo trudne pytanie. Żeby jednak odpowiedzieć najszczerzej, chyba trzeba było by się przyznać, że to wszystko co robię, wszystko to co robi człowiek kulturalny - chodzi do teatru, na koncerty, czyta książki, - to wszystko stanowi część mojej pracy. Mam na myśli, że nie wyobrażam sobie oderwania tego wszystkiego od pracy zawodowej. To jest jakaś nierozerwalna całość. A wynika to z tego, że nasza praca trwa permanentnie - non stop, wszyscy ci którzy rzeczywiście zajmują się działalnością artystyczną, wiedzą, że tego się nie da robić w jakiś określonych godzinach. Ta praca to bardziej sposób na życie. Aby określić, że coś ma miejsce poza pracą, to dość specyficzne – widzi pani, to tak jak teraz rozmawiamy, ta nasza rozmowa w tej chwili to jest część mojej pracy, ale jak pani zgasi ten mikrofon, to jeszcze przez kwadrans porozmawiamy o pani życiu – o, i to będzie „po godzinach” i to będzie relaks (śmiech). Jeśli zaś chodzi o wszelką aktywność, mniej ze sztuką związaną, rzeczą ważną jest da mnie rozmowa z drugim człowiekiem, czasem przyroda jest moją alternatywą dla sztuczności teatru. Najważniejszy „po godzinach” jest czas spędzony z moją rodziną, z dziećmi. Ale czy kiedy moja córeczka gra na skrzypcach nie wracam na chwilę do profesjonalnej oceny także i jej? 


alt


- Wydana w 2008 roku książka "Boskie życie", nie jest żadnego rodzaju dysertacją czy sensu stricto rozprawą naukową. Książką rzecz jasna pańskiego autorstwa, to pasjonującą historia trojga protagonistów: Jakuba, Weroniki i Piotra. Bohaterowie Ci to rezolutni uczestnicy życia artystycznego. Czy jako odbiorca woli pan czytywać suche syntezy informacyjne czy jak w wypadku pana dzieła opowieści prowokujące do samodzielnego odczytu cennych prawd, zawartych często między wierszami?
Marek Weiss: To zależy, co dla nas oznacza pojęcie suchej naukowej książki. To co napisałem to powieść, którą bardzo kocham, to coś co traktowałem bardzo osobiście, to swego rodzaju wyznanie na temat różnych rzeczy związanych z życiem i sztuką, a ujętych w formie opowieści o konkretnych postaciach. Za chwilę wyjdzie druga moja powieść, która jest zaskakująca – zupełnie inna od tej pierwszej. Następnie wyjdzie książka, jak Pani mówi „sucha”, ale nie wiem właściwie czy tak do końca jest. W każdym razie, będzie ona traktowała o życiu w operze, a zatytułowana będzie Pożegnanie z operą. Jest to pewna analogia do Pożegnania z Afryką, a także do takiej sytuacji żegnania się z czymś, z czym się człowiek nigdy nie pożegna do końca. A suche książki, to na przykład traktaty Husserla, są to jedne z najbardziej suchych filozoficznych książek jakie powstały. Ale niech mi Pani wierzy, kiedy je dawno temu czytałem, były dla mnie naprawdę pasjonujące, wywoływały emocje. Kolejne książki Leszka Kołakowskiego są przejmujące, a przecież można by je nazwać suchymi książkami naukowymi. No i jeszcze Richard Dawkins, mój wielki idol myślenia i rozumienia świata, pisze książki naukowe o genetyce - one są fascynujące. A Hawking? Właśnie na stole mam jego książkę Teoria wszystkiego, jest to opowieść o powstaniu wszechświata, o grawitacji i czarnych dziurach. Mimo wszystko jest to lepsza rzecz od chociażby Dana Browna i tych bredni na temat masonów, tajemnego życia Jezusa i tak dalej…. I to wszystko jest dla mnie ważne , ważna jest prawda takiego dzieła, ważne jest to, co takie dzieło w nas uruchamia, a nie jego gatunek. Codziennie siedzę nad jakimiś suchymi papierami, sprawozdaniami i urzędowymi pismami. Sucha jest bardzo lista płac, którą co miesiąc dostaje (śmiech). Ale wie pani… jak na nią patrzę, na tych wszystkich ludzi, widzę ich kłopoty i widzę te pieniądze, które oni dostają, zwykle mizerne, i obserwuję, jak jeden dostał sprawiedliwie, drugi niesprawiedliwie - to proszę mi uwierzyć, to jest lepsze od niejednego kryminału.

- Ma pan na swoim koncie wiele artystycznych realizacji zagranicznych, między innymi w Belgii, Holandii, Korei południowej i stanach zjednoczonych. To niewątpliwie imponujące. Jednak czy nie odczuwa pan czasami powinności wystawiania tylko i wyłącznie na deskach polskich teatrów? A może opowiada się pan za unifikacją świata sztuki z wykluczeniem artystycznego patriotyzmu?
Marek Weiss: Przez wiele lat uprawiałem zawód reżysera operowego, który to jest zawodem międzynarodowym - bo i opera jest internacjonalna. Tu nie ma podziałów, bo wszędzie znajdujemy te same libretta, te same zasady. Właściwie porozumiewamy się bardzo szybko wśród artystów różnej narodowości, mamy jeden i niepowtarzalny język - język operowy. Z doświadczenia wiem, że reżyserowanie gdziekolwiek indziej i robienie tak zwanej kariery są to procesy bardzo miałkie i mizerne - to nie jest uprawianie sztuki jako takiej. No chyba, że się rzeczywiście idzie się do najlepszych zespołów, reżyseruje się w najlepszych teatrach świata i nie schodzi się poniżej pewnego poziomu kompromisów. A takie jeżdżenie, byle za granicę i robienie z kimkolwiek, czegokolwiek, głębszego sensu nie ma. Tak naprawdę te lata pracy w Ameryce, Niemczech czy gdzieś w Turcji czy Korei, nie są nic warte w porównaniu z tymi trzema latami w Operze Bałtyckiej. Tutaj jestem u siebie, ze swoimi ludźmi, wiem czego chcę i to co sobie wymarzę, widzę potem na scenie. Jednym słowem między marzeniem a realizacją jest tu niewielki dystans kompromisów. Nie widzę sensu udowadniania, że gdzieś zrobi się coś ciekawszego. Tym bardziej, że nawet w Operze a tym bardziej w dramacie – reżyser, czyli ktoś, kto uruchamia żywy teatr musi pamiętać, że jego odbiorcą, są ludzie na widowni. Więc tak naprawdę ja choćbym zrobił wszystko co w mojej mocy, nie wiem co myśli widownia niemiecka, ja ich nie znam – oni mnie zresztą nie obchodzą, nie obchodzą mnie także Francuzi czy Amerykanie na widowni. To jest jakiś inny świat, Oni żyją innymi problemami. Kiedy jestem w Paryżu czternastego lipca, idą Francuzi, machają flagami, a mnie to nic nie obchodzi! Natomiast nawet tak zagorzałego antynacjonalistę jakim jestem, wzrusza święto narodowe polskie, kiedy widzę idące polskie wojsko. Obchodzi mnie marszałek Piłsudski a kompletnie nie obchodzi mnie generał de Gaulle. To właśnie jest podstawą działalności artystycznej. To jest rodzaj przywiązania do Narodu, do kultury, do języka, do ludzi, którym chcę coś przekazać. Przecież ja chcę mówić do ludzi, którzy mogą mnie zrozumieć. Poruszyła pani bardzo trudny i skomplikowany temat. Należę do tych którzy wiedzą już, że za granicą nie ma czego szukać. Kariera? Tak naprawdę karierę międzynarodową, jak powiedziała kiedyś Krysia Janda, zrobił Karol Wojtyła… a reszta...

- Podczas swoje dyrektury, przebudował pan Operę Bałtycką, zamieniając ją w nowoczesny teatr, z zespołem operowym dobieranym do każdej premiery z castingów, oraz młodym dynamicznym baletem – znanym dziś jako Bałtycki Teatr Tańca. Nie boi się Pan więc innowacyjności przy zachowaniu proporcji, widzi pan potrzebę świeżości w sztuce. Czy uważa pan, że w tej dziedzinie pojawia się w pewnym momencie granica, której przekroczenie byłoby swoistym brakiem smaku? A może wręcz przeciwnie, skręceniem ku awangardzie? Boi się pan tego słowa?
Marek Weiss: Nie, miałem różne epizody w swoim życiu, które można by nazwać awangardowymi. Trochę mnie to śmieszy, bo wie pani „awangarda” z samej swojej definicji polega na tym, że się idzie przed głównym nurtem, że się człowiek porusza jak zwiadowca w terenie gdzieś nieznanym. Moim zdaniem to jest już zupełnie jałowe, bo nie ma już terenów nieznanych. Właściwie w sztuce wszystko jest już dozwolone. Nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo burżuazyjne, które trzeba zaszokować, czy terroryzować. Wszystkie te działania typowo awangardowe, które kiedyś miały swój sens, dzisiaj są poczciwym wygłupem. Na ogół, to nie ma żadnego większego znaczenia. Jest natomiast jakaś moda, jakiś trend, który zobowiązuje do tego aby być bardziej nowoczesnym i bardziej postępowym, niż to co ostatnio czytaliśmy czy oglądaliśmy. I tu jest problem, bo większość artystów się w tym gubi, zapominając, że w sztuce liczy się osobisty, poważny głos na jakiś temat – istotny dla innych. Oczywiście, że warto poszukać sposobu żeby powiedzieć to inaczej, nie jest to bez znaczenia. Bez przesady jednak, nie histeryzujemy – jeśli faktycznie ma się coś niebanalnego do powiedzenia czy zaproponowania, to nie trzeba się wysilać, żeby zrobić to w sposób awangardowy. My, twórcy Opery Bałtyckiej, jesteśmy przekonani, że robimy coś niezwykłego, ponieważ tworzymy teatr operowy. Czyli z jednej strony jest to wysiłek teatralny, nasze spektakle muszą działać tak, jak spektakle teatralne, muszą być przejmujące, wzruszające i wstrząsające. Z drugiej strony dbamy o możliwie najwyższy poziom muzyczny Opery. To wynika z mojego porozumienia z Florênciem. To wszystko, co wspólnie robimy, jest na najwyższym poziomie muzycznym w Polsce - nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie dopuszczamy do żadnych kompromisów. Podobnie było, w Warszawie za Jacka Kasprzyka, kiedy prowadził Operę Narodową. Mamy idealne porozumienie i działamy jak jeden mózg. Udaje się nam utrzymać równowagę, która w operze jest prawie niemożliwa. Podczas mojej trzydziestoletniej pracy, nie udało mi się tego nigdzie zobaczyć. To samo zresztą dotyczy BTT, ta formacja bierze się z potrzeby złapania równowagi pomiędzy aktorstwem a tańcem, jakością spektaklu tanecznego, a jakością muzyczną. Izadora potrafi muzykę interpretować poprzez spektakl - sama składa ją z długo wyszukiwanych dzieł, tańczy na sali każdą rolę i buduje duży spektakl z tysięcy szczegółów. To wyjątkowy teatr, który coraz więcej ludzi docenia. Coraz więcej widzów rozumie, co chcemy powiedzieć. Odnajdują w naszych przedstawieniach piękno, którego brakuje im na co dzień i wiarę w wartości chroniące ludzką godność. Jestem bardzo dumny z dorobku ostatniego roku. Jak pani pewnie wie, myśmy zburzyli wiele dotychczasowych nawyków estetycznych. Sprzeciwiliśmy się przekonaniu, że w takiej operze jak Bałtycka, winna istnieć stała różnorodność gatunkowa. Powiedzieliśmy pewnym gatunkom „nie”. To była decyzja arbitralna. Wielu ludzi czuło się tym dotkniętych, bo przecież nie ma tu operetek czy baletu klasycznego, nie ma także teatru kukiełkowego. Wyspecjalizowaliśmy się w wąskiej dziedzinie ale ta specjalizacja okazała się interesująca, bo ta dziedzina należy do najważniejszych w ludzkim świecie.
Rozmawiała Kamila Bukowska

Marek Weiss
Urodzony 23 marca 1949 roku w Chorzowie. Reżyser teatralny i operowy.  Absolwent  UW (filologia polska) oraz PWST  (reżyseria). Jako stypendysta British Institute, studiował także w Wilekiej Brytani. Zadebiutował w Teatrze Narodowym („Troilus i Kressyda” Szekspira). Jeszcze przed dyplomem został dyrektorem nowo utworzonego Teatru Muzycznego w Słupsku, którym kierował w latach 1979-81. Kolejno reżyser etatowy w Teatru Narodowego w Warszawie. W 1981 w Operze we Wrocławiu, wyreżyserował prapremierę opery Zbigniewa Rudzińskiego „Manekiny”, z którą wyjechał na Festiwal w Rennes oraz na Festiwal Narodów w Sofii. Dwukrotnie był głównym reżyserem Teatru Wielkiego w Warszawie. Od 1989 roku, przez dwa sezony, pełnił funkcję dyrektora artystycznego Teatru Północnego w Warszawie. Zrealizowane w Polsce, spektakle pokazywał za granicą, między innymi w Paryżu, Londynie, Berlinie, Monachium, Wiedniu, Moskwie. Był dyrektorem artystycznym Teatru Wielkiego w Poznaniu, gdzie obok klasyki gatunku, wyreżyserował między innymi światową prapremierę  „Galiny” Landowskiego- sztuka ta została zaprezentowana na Światowej Wystawie EXPO 2000 w Hanowerze. W 2011 roku przeniósł się do Wrocławia. We wrześniu 2004 roku został mianowany zastępcą dyrektora artystycznego Opery Narodowej, ale po roku zrezygnował ze swojej funkcji. W 2008 został dyrektorem naczelnym i artystycznym Opery Bałtyckiej w Gdańsku. Marek Weiss jest autorem książki "Boskie życie".


 Inne artykuły związane z:
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Galeria Sztuki Gdańskiej


20150209_180452.jpg

W obiektywie Macieja Kostuna


2_neptun.jpg

Sport w szkole

Ta witryna korzysta z plików cookie. W ustawieniach swojej przeglądarki internetowej możesz w każdym momencie wyłączyć ten mechanizm. W celu pozyskania dodatkowych informacji na ten temat zobacz informacje o cookies.
OK, zamykam